Skocz do zawartości


Najbardziej lubiana zawartość


#15490 Lofoty - Skrova

Napisane przez kafas w 28 wrzesień 2017 - 09:29

Czas na moją relację z wyprawy do Norwegii.

Od powrotu minął już dobry tydzień, więc nabrałem dystansu, ochłonąłem i mogę coś sensownie napisać :)

Od razu zaznaczam, że jest to relacja żółtodzioba, więc Stare Wygi proszę o wyrozumiałość i umiarkowany hejt ;)

 

Wyjechaliśmy  z Kielc 7 września na noc, w domach z powrotem byliśmy 17 września przed północą.

Skład: 4 osoby, z czego 3 pierwszy raz w Norwegii.

Środek transportu: samochód osobowy z trumną Thule na dachu.

 

Trasa:

Kielce – Świnoujście

Świnoujście – Trelleborg: prom TT Line

Trelleborg (E6) – Helsingborg (E4) – Sztokholm – Skelleftea – Tore (E10) – Kiruna  – Bjerkvik – Svolvaer

Svolvaer – Skrova: prom

 

Łącznie 5 dni „na wodzie”, a tylko jeden raz nie wypłynęliśmy z powodu wiatru (8-9 m/s).

Nasz „kapitan” szukał ryb głównie na głębokościach 30 – 50 m. Pływając sami, bazowaliśmy na jego śladach w nawigacji, ale lądowaliśmy nawet na 80 metrach (brak doświadczenia).

Jak na nasze umiejętności i możliwości sprzętowe wyjazd uważam za bardzo udany, bo ciągle ustanawialiśmy rekordy życiowe :D

Padło chyba 5 dorszy w okolicach 10-12 kg, ponad 10 mniejszych (5-8 kg); do tego kilkanaście brosm (największa ok. 9 kg) i molw, kilka plamiaków i rdzawców (ok. 3-4 kg); sporo radości było z czarniakami. Oczywiście (?) dopisywały też makrele.

Na halinę nie trafiliśmy, bo… nie polowaliśmy na nią, ale nie chwalił się też nią nikt z innych łódek.

Z atrakcji poza wędkarskich warto wspomnieć przygodę z delfinami i karmienie bielików.

 

Paweł (gospodarz) twierdzi, że ten rok w okolicach Skrovy był bardzo słaby. Dużych dorszy (ponad 15 kg) było dużo mniej niż w poprzednich latach,  halibuty też trafiały się bardzo rzadko. Wg niego jest to efekt intensywnych odłowów.

 

Baza:

Mieszkaliśmy u Polaka pracującego w przetwórni ryb znajdującej się na wyspie. Do dyspozycji mieliśmy 4-osobowy pokój. Z rodziną gospodarza dzieliliśmy kuchnię i łazienkę. Pływaliśmy łodzią Viking 700, a ryby sprawialiśmy na kei.

 

Refleksje:

- lepiej mieć jeden mocny kołowrotek niż 3 „zwykłe”. Mój Jaxon i Traper nie wytrzymał do końca wyjazdu, więc ostatniego dnia musiałem nauczyć się łowienia multiplikatorem :P

- żywiec (czarniak) lub mięso makreli na kotwicy znacznie podnosi atrakcyjność pilkera (bardzo odkrywcze  :lol:  ),

- z uwagi na spory dryf, minimalny ciężar zestawu to 200 g, ale żeby dostać się do molw na 90 – 100 metrach, konieczne było uwieszenie 500 g ołowiu,

- powoli kompletuję sprzęt na kolejny wyjazd (wylot) :)

- piękne te Lofoty...

 

P.S.

Dziękuję za wskazówki kolegom zdrowaczekolada, Cpt. Lego i prezes. :beer: :beer: :beer:

Załączone miniatury

  • IMG_20170913_192830.jpg
  • IMG_20170915_110006.jpg
  • IMG_20170915_182109.jpg



#14569 Soroya 2017 baza Havfiskesenter

Napisane przez robert_d w 04 kwiecień 2017 - 17:05

Wszystko co dobre kiedyś się kończy.... już po pobycie w bazie Havfiskesenter na Soroya. Od 23 marca do 1 kwietnia miałem razem wspólnie z kolegami przyjemność łowienia zimowych dorszy.

Pierwsze dwa dni minęły na podroży - jak zwykle Litwa, Łotwa, Estonia i tam zTallina prom do Helsinek. Trasa w Finlandii już nie zapowiadała się tak łatwo, marina jachtowa w Helsinkach jeszcze skuta lodem.

Z samego rana 25 marca docieramy do Øksfjord i ruszamy promem do Hasvik. Pogoda wręcz idealna.1..JPG

2.JPG

 

Szybki dojazd do bazy Havfiskesenter, gdzie przywitał na właściciel -Dariusz- bardzo sympatyczny człowiek, szybka rozmowa co do planów połowowych i mimo zmęczenia po trasie decydujemy się na wypłyniecie z właścicielem bazy jako przewodnikiem.

Parogodzinne połowy dały nam wszystkim ostro w kość. Ręce odzwyczajone od łapania czuliśmy jeszcze długo :)

3.JPG

 

Kolejne dwa dni 26 i 27 upłynęły nam (niestety) na błogim lenistwie. Warunki pogodowe nie pozwoliły na poszukiwania kolejnych okazów zimowego dorsza, ale był czas na pozwiedzanie wyspy i na karty przy szklaneczce czegoś mocniejszego.

 

5 .JPG

6 .JPG

6.1.JPG

 

28 pogoda już zaczęła się klarować i pomimo północnego wiatru zdecydowaliśmy się wypłynąć. Lokalizacja bazy w breivikfjorden pozwala na wyjście w morze przy północnych wiatrach. O wszelkich zmianach pogody i warunkach połowowych informował nas dwa lub trzy razy dziennie właściciel bazy. Kolejne wypłynięcie i kolejne okazy meldują się regularnie na pokładzie :)

 

8.JPG

9.JPG

10.JPG

4...JPG

29 pogoda była słoneczna, ale po nocnych opadach śniegu zmuszeni byliśmy do odśnieżania łodzi przed wypłynięciem. Ruszyliśmy więc po kolejne rekordy.

Zmienność pogody w tym okresie jest zaskakująca: od ostrego słońca po ostry śnieg, w którym widoczność spada do 50 – 100m.

Ryb jest mnóstwo, zapisy na echu potężnych ławic na 64m, ryba od 32 do 55m ale nie jest taka skora do współpracy pomimo precyzyjnego lokowania przynęty nad rybami biorą chimerycznie, ale za to bardzo ładne okazy.

11.JPG

12.JPG

 

30 marca- ostatni dzień wspaniałej przygody na Soroya i ku naszemu zdziwieniu, po zmianie wiatru, większość ławic "wywiało" z fiordu. Większość kutrów łapie na szelfie parę kilometrów od naszej bazy. Udało nam się jeszcze połapać parę przyzwoitych ryb.

Powoli zbliżamy się do najmniej przyjemnej części wyprawy każdego z nasz, czas na pakowanie bagaży, sprzątanie łodzi.

13.JPG

14.JPG

 

Podsumowując: wyjazd bardzo udany i pod względem ryb i pogody.

Z przynęt najbardziej skuteczne były Savage Gear Cutbait Herring 460g, Savage Gear 3D Herring Big Shad 32cm

Z pilkerów Solvkroken Svenskepilk, pewnie ktoś powie, że w tym okresie to na wszytko by brały, może i tak, ale nam się te przynęty bardzo sprawdziły. Zdarzały się odjazdy i po 15 do 20m a potem ryba po paru metrach schodziła z haka lub go częściowo rozprostowywała, agrafki też puszczały ale może to i dobrze, że te największe sztuki pozostały w wodzie. Zawsze to będzie kolejny powód aby tam powrócić.

Co, do bazy: warunki bardzo dobre, ale największe wrażenie na nas zrobiła sama organizacja bazy, do kei mieliśmy z domku około 100m na zewnątrz trzy duże stoły do filetowania, a co było najbardziej przydatne w marcu to ogrzewana fileciarnia, duże pomieszczenie do suszenia kombinezonów oraz butów, mądrze rozwiązana mrożnia na ryby, na każdy domek były przydzielone cztery półki oznaczone nr domku nie trzeba było martwić się o miejsce czy obawiać się, że ktoś poprzestawia.

Właściciel bazy Dariusz przez cały pobyt starał się doradzać gdzie i kiedy wypływać jego rady były bardzo przydatne.

Łodzie 19ft Kvaerno z 50hp honda bardzo dobrze dawały radę, bardzo oszczędna w paliwo . Fakt, nie wypływaliśmy w skrajnych warunkach.

Już planujemy kolejną wyprawę do bazy Havfiskesenter na Soroya, ale tym razem już w sierpniu na halibuty i karmazyny.

Podziękowania dla Czarka oraz Wacka za kolejną wspólną wyprawę.

 

 

 

 

 

 




#13217 Wypad na głowacicę.

Napisane przez longin w 13 listopad 2016 - 17:15

Postanowiłem zakosztować trochę ekstremalnego wędkarstwa i zmierzyć się z królową polskich rzek -głowacicą. Ryba tajemnicza, kapryśna i bardzo chimeryczna jeżeli chodzi o żerowanie. Znależć jej miejscówkę nie jest zbyt wielką sztuką. Tym bardziej, że w zasadzie występuje w kilku polskich rzekach. Należą do nich Dunajec, Poprad i San. Tak, że miejscówki stali bywalcy znają na pamięć. Sztuką jest jednak sprowokować ją do brania. Jest niezmiernie trudną rybą do złowienia. Po drugie, okres jej podobno dobrego żerowania, przypada na najgorszy miesiąc roku - listopad. Im gorsza pogoda za oknem, tym ponoć lepiej. Wybrałem się z kolegami w listopadowy długi weekend nad Dunajec. Pogoda w kratkę, raz chłodno i deszczowo, a raz słonecznie. Sobota pochmurnie i deszcz ze śniegiem. Kilometry drogi wzdłuż brzegu rzeki, godziny przestane w wodzie po...! Dziesiątki, jeżeli nie setki rzutów! I Nic!!! Żadnego kontaktu z rybą. Spotkani wędkarze, również o kiju. We czterech złowiliśmy trzy pstrągi,(w ciągu trzech dni), które wróciły w dobrej kondycji do wody. Z wieści rozchodzących się nad rzeką co jakiś czas, to tu, to tam, złowiono ponoć głowacicę. Myślę, że to jednak bardziej pobożne życzenia niż fakty. Pozytyw to kontrola PSR! Z ich opowieści smutna informacja, ktoś ponoć ukłusował ponad metrową głowacicę. Niektórzy wędkarze jeżdżą na głowacicę przez całe lata, nie mając z nią kontaktu! Tak, że wszystko prze de mną!  :)32331787_200.0.jpg

dunajec-glowacica.jpgdunajec-glowacica.jpgdunajec-glowacica.jpg




#12659 Wyprawa na wyspę gejzerów. Islandia 2016.

Napisane przez longin w 12 wrzesień 2016 - 16:53

                                                                           Islandia.

 

Islandia! Terra incognita – Ziemia nieznana dla większości Polaków. Wędkarsko „biała plama.” Choć w ostatnich czasach ulega  to zmianom. W chwili obecnej Polacy są drugą grupą narodowościową w Islandii, po rdzennych Islandczykach. Wyspę zamieszkuje  ok. 300.000 tyś mieszkańców. Znaczną ich część stanowią Polacy. :)

                Islandia należy do najpóźniej zasiedlonych obszarów Europy. Pierwsi osadnicy pojawili się w 874. Byli to norwescy wikingowie, oraz celtyccy  osadnicy. Nie wyklucza się, że brali w tym udział również Słowianie! Być może dlatego, niektórych z nas ciągnie do Islandii.

               Fauna i flora na Islandii jest dość uboga. Nie ma dużych drapieżników, gadów ani płazów. Nie wielka ilość ptaków drapieżnych. Kilkanaście gatunków ptaków morskich. W wodach śródlądowych pstrągi, a w rzekach wpadających do oceanu łososie. Za to Ocean wynagradza to ubóstwo, ilością i wielkością ryb.  Przyroda – prawie nie ma lasów. Wycięte przez osadników na budowę domów i łodzi. Trochę trawy i porostów. Mchy. Tym żywią się tutejsze owce. Tak, że słowa Darka w rozmowie telefonicznej z żoną, że nawet mamy laski – które to słowo, zmroziło żonę, dotyczyło kilku rachitycznych drzewek udających las. A nie przysłowiowych „lasek”! :) ;)

               Ale od początku. Od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie myśl, aby powędkować w wodach okalających Islandię. Nie miałem jednak pomysłu jak to wcielić w życie. W połowie ubiegłego roku zadzwonił do mnie Darek (easyrider) z pytaniem: jedziesz do Islandii!!! Jest okazja, dwa tygodnie. Samolotem. Na zachodzie Islandii. Gonitwa myśli. Pewnie, że tak. Jadę! Muszę jakoś przekonać żonę. Bo po pod koniec maja, mam zaklepany wyjazd na Nordkapp! Uff! Jakoś się udało przekonywanie. Bardzo szybko wykrystalizowała się szóstka chętnych. Zaczynam zbierać informacje na temat Islandii, warunków tam panujących i sposobach  łowienia ryb. Ocean, a właściwie Morze Grenlandzkie. Cieśnina Duńska oddzielająca Islandię od Grenlandii. Silne pływy. Wszystko inne od znanych mi wód norweskich. Inne od Nordkappu, choć krajobrazowo można się dopatrzyć jakowyś podobieństw.   :)

islandia.jpgislandia.jpgTrochę podobieństwa do Nordkappu można się dopatrzyć!

                Odliczamy dni do wyjazdu. Na początku jest ich ponad trzysta. Czas jednak szybko płynie. Nadchodzi pora wyjazdu. Umawiamy się wszyscy u Darka. A od niego jedziemy na Okęcie. Start o godzinie 21.00. Po czterech godzinach lotu lądujemy w Reykjaviku. W środku nocy. O 2-giej naszego czasu. A, że jest dwie godziny różnicy, to w Islandii jest 24.00. Odbieramy bagaże, najważniejsze tuby z wędkami. Na szczęście wszystko dociera z nami. Bagaże jadą do celu naszego pobytu miejscowości Sudureyri. A my do hotelu Viking w Reykjaviku. Rano z podręcznym bagażem meldujemy się na lotnisku krajowym Reykiaviku i po krótkim 45 min locie lądujemy w Isafjordul. A  stąd ma kołach do odległej o kilkanaście kilometrów naszej bazy w Sudureyri. Wita nas Islandczyk – Robert. Prowadzi do domku, po czym do portu. Pokazuje łódź i objaśnia co i jak. Na mapie pokazuje najlepsze rewiry wędkarskie. Łodzie przypominają nie co te, ze Skarsvag. Jednak te z Nordkappu, jakby lepiej przemyślane pod potrzeby wędkujących. Brakuje kilku drobnych, ułatwiających życie rzeczy. Ale nic to!

32058205_200.0.jpg32058203_200.0.jpgTa z nr. 10 - nasza!

                 Kilka godzin oczekiwania, w końcu  docierają bagaże i tuby z wędkami. Uzbrajamy sprzęt i hajda na wodę. Tym bardziej, że pogoda sprzyja. A wszyscy najbardziej obawialiśmy się pogody, która jest tu jeszcze bardziej nieprzewidywalna niż w Norwegii. Zdarzają się bardzo silne wiatry i co za tym idzie duża i niebezpieczna fala. Przed czym bardzo oszczegał Robert.

Na łodziach dwa dość duże pojemniki, wypełnione w 1/3 lodem. Wypływamy.

32058251_200.0.jpg32058249_200.0.jpg32058247_200.0.jpg

                Po godzinnym rejsie docieramy do oznaczonego łowiska głębokość od 60 do 100 metrów.  Pierwszy zjazd pilkerów i gum w stronę dna. Po chwili wszyscy mocujemy się z dorszami w granicach 10 -15 kg. Pierwsze ryby na pokładzie! Kolejne opuszczenie pilkerów. I tu zaczynają się schody! Wszyscy stękamy, naprężamy mięśnie, próbując przełamać opór złowionych ryb. Każda wyholowana ryba ma dobrze powyżej 10-ciu kilo! Kilka zbliża się do magicznej granicy dwudziestu kilogramów!. Czegoś takiego jak do tej pory nie doświadczyłem. Co chwilę któryś z nas wypowiada nie bardzo cenzuralne słowa, mocując się z rybą. Bolą ręce i plecy. Xzogi przechodzą na prawdę poważny test. Po jakiś dwu godzinach mamy wszyscy dość. Postanawiamy, co było do tej pory nie do pomyślenia, spłynąć z łowiska i poszukać nie co mniejszych ryb!!! Oba pojemniki na ryby szybko się wypełniły, a my bardzo zmęczeni i zadowoleni. Płyniemy do domu, na zasłużony odpoczynek.

Jesteśmy podekscytowani rozmiarami i ilością dużych ryb. Jeżeli tak ma wyglądać każdy połów, to czeka nas olbrzymia harówka! Zobaczymy. Wszystko przed nami.

 

32058145_200.0.jpg32058143_200.0.jpg32058265_200.0.jpg32058207_200.0.jpg

                Jeszcze w kraju nawiązujemy kontakt z kolegą portalowym Dawidem (Audite). Czekamy na niego z dużą ciekawością. Okazuje się być bardzo sympatycznym i niezmiernie pomocnym kolegą na tym odludziu. Dzięki niemu nie mamy problemu z zaopatrzeniem. Do najbliższego sklepu jest kilkanaście kilometrów, a nie dysponujemy samochodem. Zdani bylibyśmy na komunikację autobusową. A to komplikowało by wypłynięcia na ryby. Bo ktoś musiałby jechać do sklepu. Tylko kto? Trzeba by chyba losować. Na szczęście jest Dawid. Umawiamy się na „wieczorek zapoznawczy”! Przyjeżdża wraz z niezmiernie sympatyczną żoną Agnieszką, przepyszną zupą rybną i przenośną wędzarką. Ma również kilka kawałków gotowego do wędzenia halibuta. Relacja z tego spotkania jest w wątku Islandia na poważnie. Wędzarka bardzo się przydała. Właściwie co dziennie wędziliśmy kilka tuszek dorszy, które to urozmaicały nasz jadłospis. Bo mogliśmy nie tylko smażyć dorsze, czy robić niezwykle smakowite zapiekanki w wydaniu Mariusza czy Darka.

Codzienne rejsy na ryby kończyły się zazwyczaj kilkugodzinnym zmaganiem się, z dużymi dorszami Czasem przyłowem były karmazyny, zębacze i nie wielkie czarniaki. Niestety nie mieliśmy okazji zmierzyć się z królem tutejszych wód halibutem. Ale tak naprawdę nie bardzo go szukaliśmy z dwu powodów. Nie bardzo wiadomo było gdzie go znaleźć, a po drugie wystarczająco mocno w kość dawały tutejsze dorsze. I nikt, za bardzo nie miał ochoty na kolejne przeciąganie liny. Nie bardzo pomocny w tej sprawie był również Islandczyk - Robert. Nie chciał, albo nie mógł wskazać dobrej miejscówki halibutowej. Co w sumie nie bardzo przeszkadzało, bo wynagradzały to dorsze, zarówno swoją wielkością jak i ilością.

              Islandzkie zwyczaje są nie co odmienne od norweskich. Wszystkie złowione ryby trzeba oddać do miejscowej przetwórni. Szacuję, że w sześciu bez specjalnego napinania się i łowiąc kilka (pogoda), najwyżej kilkanaście godzin dziennie mogliśmy złowić około 1,5 tony dorszy i innych ryb. O tym, żeby zamrozić ryby i zabrać je do domu nie ma co marzyć. Nie jest tak, jak w Norwegii gdzie są do tego odpowiednie zamrażarki i można zamrozić i zabrać określoną ilość ryb. Tu nie. W domku jest zwykła lodówka, gdzie od biedy można trochę ryb zamrozić. W pierwszej wersji mieliśmy dostać po kilka kilo zamrożonych i odpowiednio zapakowanych ryb na powrót do domu, ale później się okazało, że za ryby trzeba by było zapłacić. Przynajmniej ja tak zrozumiałem. Wobec powyższego i zważywszy na długość powrotu do Polski, osobiście nie zabrałem ryb. W dniach kiedy pogoda nie bardzo sprzyjała pływaniu na otwartym morzu, łowiliśmy na naprędce sklecone zestawy płastugowe, miejscowe flądry. Miejscem było wejście do fiordu osłonięte od wiatru. Czasem brały również dość duże dorsze czy zębacze. Co traktowaliśmy jako przyłów. Zabawa była jednak przednia.

Jadąc do Islandii, wiadomo nam było o tutejszej jagnięcinie. Zresztą , owiec jest kilkakrotnie więcej niż mieszkańców. Owce są ,że tak powiem puszczone samopas na okres kilku miesięcy. Pasą się na tutejszych halach, bez nadzoru. Nie mają właściwie żadnych wrogów naturalnych, nie licząc samochodów. Na Islandii nie występują większe drapieżniki, oprócz lisa polarnego, którego jest bardzo nie wiele, bo hodowcy owiec doszczętnie go wytępili. Nie jako na zapas. Bo mógłby być niebezpieczny dla jagniąt. I w chwili obecnej jest (lis) objęty ochroną gatunkowa. Niebezpieczni dla owiec są jak pisałem ludzie, a właściwie ich samochody. Owce jak to owce, nie bardzo przestrzegają zasad poruszania się po drogach. I w każdej chwili w dowolnym miejscu mogą przebiec na drugą stronę jezdni. Co w wielu przypadkach, kończy się w najlepszym razie potrąceniem zwierzęcia. Jeżeli w takim wypadku zjawi się policja, winny zawsze jest kierowca. I nie ma tłumaczenia, że owca nagle wybiegła na drogę. Trzeba uważać. I koniec.

To też pewnego razu poprosiliśmy Dawida o zakupienie tutejszej jagnięciny. Przywiózł gotowy udziec, zapakowany próżniowo i zaprawiony odpowiednią marynatą. Do tego gotowy sosik i czerwona kapustkę w słoiku. Co do kapusty byłem sceptyczny, zważywszy jak smakują takie gotowce w Polsce. Po rozpakowaniu udźca włożony został do nagrzanego piekarnika. Czas pieczenia: tyle ile waży.. Mięsko upiekło się „koncertowo”. Darek podał do tego, swoje popisowe ziemniaki. Smakowało wszystko wybornie! O dziwo kapusta również okazała się być bardzo smaczną. W drodze powrotnej udźce (gotowce) przyleciały do Polski.

               Był również dzień, w którym ze względu na niesprzyjające warunki na morzu, postanowiliśmy wykorzystać do wędkowania na słodkowodnym jeziorze . Oddalone ono było od naszej miejscowości o 160 km. Czyli na tutejsze warunki jakieś 2,5 godziny drogi, samochodem. Samochodu użyczył nam – któż by inny, jak nie Dawid. Odległość niby nie duża. Ale musieliśmy pokonać dość spore góry. Droga wąska i bez nawierzchni asfaltowej. Coś w rodzaju szutru. Wąska. Wspinająca się mocno do góry. Widoki przepiękne. Dla tych jednak, co nie maja lęku wysokości. Bo zawsze, z którejś strony samochodu była dość znaczna różnica wysokości od dna doliny! Całą drogę zastanawiałem się co będzie jak z przeciwka nadjedzie Tir! Na szczęście nie nadjechał. Po drodze oglądaliśmy jeden z największych wodospadów Islandii Dynjandi o wysokości 100 metrów. Wnętrze wyspy koloru popielato - brązowego, prawie bez roślinności. Tylko gdzie nie gdzie niewielkie zbiorniki wodne. Robi to dość ponure wrażenie. Widać gołym okiem, że to miejsce powstało na skutek działalności wulkanicznej. Zresztą bywały dni, gdzie w powietrzu czuć było zapach siarki, czy siarkowodoru. Woda w łazience, w hotelu Viking mocno pachniała siarkowodorem. Kiedy w końcu dotarliśmy do jeziora, okazało się, że nie ma mowy o jakimkolwiek wędkowaniu. Przeszkodą był bardzo silny, prawie porywisty wiatr. Lekkie 10 czy 15 gramowe przynęty nie miały prawa pokonać siłę wiatru. A objeżdżać jezioro z drugiego końca to kolejne kilkadziesiąt kilometrów, po już całkiem ledwo przejezdnej drodze. Zrobiliśmy kilka zdjęć i wróciliśmy do domu! Szkoda. Bo jezioro ponoć wypełnione dorodnymi okazami różnych gatunków pstrągów!

       Codzienne wypłynięcia na ryby i zmaganie się z dorszami skutkowało dość dużym, ale bardzo przyjemnym zmęczeniem. Można sobie wyobrazić jakie tu były łowione ryby, przed kilkudziesięcioma laty. Nawet teraz, w dobie olbrzymiej presji rybackiej i wędkarskiej mieszkają w wodach okalających Islandię prawdziwe potwory. A byliśmy ponoć w nie najlepszej porze, jeżeli chodzi o dorsza. To co tu musi się dziać, jak jest dobry czas. Ryby można właściwie złowić w każdym miejscu. Nawet z brzegu. Te największe są jednak na głębokościach około 100 metrów. Co przy silnym dryfie, bywało nie kiedy nawet dwa węzły. Lekkie pilkery, czy gumy miały problem z osiągnięciem tej głębokości. Jadąc do Islandii należy mieć w swoim arsenale pilkery o ciężarze znacznie powyżej 500 gram. I duże gumy takie o długości ok. 40 cm z dużymi ciężkimi główkami. Tak, że Tadziowe Zgredy (300g) były dobre tylko w dniach kiedy nie było silnych pływów. Dobrze się sprawdzały banany Tadzia, te z dużą gramaturą. Ale chyba najlepszą i bardzo selektywną przynętą były duże gumy. Na które właściwie brały, około 20 kilowe dorsze. Ja swojego największego dorsza złowiłem na systemik Kapitana – (Scary Skull). Choć, chyba łowiłem za mało agresywnie. Nie mam wprawy i nie bardzo wiem jak się tym posługiwać. Branie było niedostrzegalne. Chyba w momencie kiedy czarniak był bez ruchu. Niestety systemik poszedł do przetwórni, przez nieuwagę i nie odzyskałem go. Na następną wyprawę, jeżeli dojdzie do takiej, należy się zaopatrzyć w pilkery o gramaturze pomiędzy 500 a 1000 gram. Duże, naprawdę, duże gumy. Takie po 40 – 50 cm z dużymi i ciężkimi główkami. Kilka pilkerów o mniejszej gramaturze i parę mniejszych gum. Tak, że koledzy którzy odlewają główki powinni znacząco zwiększyć ich gramaturę. W miejscach w których łowiliśmy, dno w większości piaszczyste prawie bez zaczepów. Przy nie pływalnej pogodzie, trzeba mieć kilka makrelowych czy płastugowych systemików na flądry. Każde wyjście i wejście do portu należało zgłosić do kapitanatu portu w Isafiordul.  To ze względów bezpieczeństwa.

         Nasze domki stały nad odciętym kawałkiem fiordu przez groblę na której wybudowano drogę . To jeziorko połączone było z morzem przepustem, w czasie którego w zależności czy był przypływ, czy odpływ, podnosił się, lub opadał poziom wody. Jezioro zamieszkiwały jak się to mówi, smażalne dorsze. Które chodziliśmy karmić z niewielkiego pomostu odpadkami  ryb przeznaczonych do smażenia. Dorsze te były tak oswojone, że brały z ręki pokarm. Można je było, nawet „pogłaskać”! Dość ciekawe wrażenie, bo wszystko zimne. I woda i ryby! A to co żyje jest przecież ciepłe!

                 Generalnie wyprawa na Islandię zapisze się w mojej pamięci jako niezwykłe doświadczenie i zostawi niezapomniane wrażenia. Wyprawa ze wszech miar udana. Nigdy nie przypuszczałem, że będę spływał z łowiska, z ulgą. Z przemęczenia!!! Pomysłodawcą całego przedsięwzięcia był Darek (easyrider). Który zorganizował (i co ważniejsze namówił skutecznie do wyprawy naszą szóstkę), wyjazd przy pomocy biura Eventur Fishing z Warszawy. W swoim imieniu dziękuję Darku, za pamięć o mnie, i za  zaproszenie mnie na wyprawę. A za Twoim pośrednictwem Panom z biura Eventur Fishig.

Reasumując polecam kolegom wyprawę na Islandię. I jak mówi klasyk; na tej wyprawie były plusy dodatnie i ujemne. Do dodatnich to, to, że w ogóle się odbyła. Ilość i wielkość ryb. Każdy z nas, wielokrotnie poprawiał własne rekordy w wadze i długości złowionych dorszy. Dość komfortowe zakwaterowanie. W miarę wygodne łodzie. Do plusów ujemnych: brak suszarni na kombinezony, dla niektórych z pewnością brak zamrażarki na ryby. Nieco gorsze wyposażenie łodzi (brak wystarczającej ilości uchwytów na wędki).Ale najważniejsze brak samochodu. A jest to miejsce na przysłowiowym końcu świata i do cywilizacji jest spory kawałek. Na podróż w jedna stronę trzeba przeznaczyć ok. dwóch dni. Pobyty siedmiodniowe, w przypadku niemożności pływania, z powodu pogody wydają się być za krótkie. Optymalna długość pobytu moim zdaniem, to dziesięć dni.

          Nam się poszczęściło. I pogada w sumie dopisała i najważniejsze był Dawid. Bez Dawida cała wyprawa była by mocno ograniczona i mielibyśmy moc problemów zaopatrzeniowych.  Jeszcze raz serdeczne podziękowania dla Ciebie i rodzinki Dawidzie.

                Mini market na miejscu, oprócz sprzedawczyni o obfitych kształtach i kilku butelek napitku, właściwie niczego innego nie ofiarował. Miejscowa klubokawiarnia również nie najwyższych lotów. Pani podała zupę rybną z torebki!!!! Na pułkach stało kilka butelek alkoholu, koli i zdaje się piwa. Kawa, herbata. Nic ponad to! Po większe zakupy trzeba udać się do marketu „Bonus’ w Isafiordul. A to odległość kilkunastu kilometrów. Jest autobus, z tego co pamiętam kursuje dwa razy dziennie. Czas na zrobienie zakupów to około godziny. Czasu starcza na styk. To tyle moich wrażeń z wyprawy do Islandii. Może napisane  trochę chaotycznie, ale nie wszystko już się w głowie poukładało. Cały czas jestem pod wrażeniem tego wyjazdu.

 

                                                                                                                                         Andrzej (Longin).

 

P.S. Udział w wyprawie do Islandii wzięli, kolejność przypadkowa:

1. Darek (Easyrider)

2. Jarek  (Jarwal)

3. Mariusz (Giaur27)

4. Marek (Przasnysz)

5. Michał

6. Andrzej (Longin)

7. Dawid (Audite) mimo, że mieszkał na miejscu można go spokojnie zaliczyć do członków wyprawy.

                 Jeszcze raz serdecznie wszystkim dziękuję za wspaniałą wyprawę, dobry humor, miłą atmosferą. Myślę, że koledzy uzupełnią mój opis wyprawy o swoje spostrzeżenia i ewentualne rady dla następców. Pozdrawiam.

 

Zdjęcia.

islandia.jpgislandia.jpgislandia.jpgislandia.jpgislandia.jpgislandia.jpgislandia.jpg32058241_200.0.jpg32058243_200.0.jpg32058259_200.0.jpg32058261_200.0.jpg32058215_200.0.jpg32058149_200.0.jpg32058339_200.0.jpg32058209_200.0.jpg32058217_200.0.jpg32058197_200.0.jpg32058337_200.0.jpg32058181_200.0.jpgJezioro. Jak na filmie 13-sty wojownik. Mgła32058245_200.0.jpgislandia.jpg

To tyle! :) :) .Koledzy z pewnością uzupełnią i dodadzą więcej zdjęć!


Ten post został wypromowany na artykuł


#1908 Torsvag 2014

Napisane przez padonis w 22 czerwiec 2014 - 19:29

Moja wyprawa do Torsvag

Wpierw było marzenie, potem z miesiąca na miesiąc marzenie nabierało namacalnych kształtów ,aż wreszcie stało się realnym planem. Przez parę miesięcy gromadziłem sprzęt, myślałem co mi jest potrzebne a co nie. Cały ten czas stał się zabawą , która pomagała mi w oczekiwaniu na ten dzień w którym wyruszę w wyprawę o której wszyscy tu mówią a o której ja do tej pory tylko śniłem.
Długo oczekiwany termin wyjazdu nareszcie nadszedł, 8-my Czerwiec – nie mogę spać już od świtu, spakowany i gotowy jak nigdy czekam na transport.
Nareszcie jest !
Graty do wozu i jedziemy pod dom Krzyska gdzie czeka już reszta ekipy. Pakowanie... o matko ile tego jest, myślę sobie „Tadziu oszalał ile on kupił tego prowiantu”, jakimś cudem wszystko się zmieściło, samochód nabity jak balon ale bagażnik się zamyka.


med_gallery_10_30_86890.jpg
 

 

Spakowani, szczęśliwi i zadowoleni z siebie wsiadamy do wozu i cała nasza czwórka Tadziu, Krzysiek, Andrzej i ja ruszamy w daleką drogę.
Wszystko przebiega doskonale, po połowie dnia i całej nocy przejeżdżając przez Polskę, Litwę, Łotwę i Estonię i rano dobijamy do Talina , gdzie czeka na nas prom. Wjazd na pokład, mały odpoczynek o po dwóch i pół godzinie jesteśmy w Helsinkach. Wsiadamy w auto i dalej w drogę, w planie przejazd przez Finlandię , jakieś spanie i następnego dnia dojazd do Torsvag. Kilometry mijają jeden za drugim aż nagle coś jest nie tak, coś nie dzieje się po naszej myśli, coś czego nikt nie przewidział i czego nikt się nie spodziewał. Skrzynia biegów naszego busa odmawia współpracy, biegi nie działają, jest tylko wsteczny ale cofać nikt się nie chce. Pomoc drogowa ściąga nas do najbliższego miasta Jyväskylä gdzie ubezpieczyciel zapewnia nam hotel a nasze auto ląduje w serwisie.
Następnego dnia serwis orzeka ,że auto nie jest do szybkiej naprawy a ubezpieczyciel proponuje nam powrót do Polski. Wyprawa zakończona ?! Czy to już koniec ?!
Trudno pogodzić się z przegraną, trudno dać za wygrana, burza mózgów, wiele pomysłów co dalej robić. Jeden pomysł po drugim upada lub okazuje się niewykonalny. Z opresji ratuje nas Darek (easyrider), daje nam kierowcę, odbiera Tadziowego busa i wysyła go do nas. Nie jestem w stanie powiedzieć ile mu zawdzięczamy, cała wyprawa dzięki niemu jest uratowana.
Drugiego dnia wieczorem dociera do nas auto, kierowcy zapewniamy powrót do kraju a sami czym prędzej ruszamy w dalszą drogę. Mamy 24 godziny spóźnienia ale zawsze lepiej tyle niż wcale nie dojechać do celu. Reszta drogi na szczęście przebiega bez problemu i 12 czerwca pierwsze dorsze zostały złapane w porcie w oczekiwaniu na prom , po 16-tej dotarliśmy do celu, dotarliśmy nareszcie do Torsvag .

 


med_gallery_10_30_79564.jpg

 

med_gallery_10_30_87219.jpg
 

 

Szybkie rozpakowanie gratów, szykowanie kijków i do portu odebrać łajbę, reszta ekipy która dojechała z Norwegii jest na wodzie zatem warto do nich dołączyć.
W porcie spotykamy się z Sonią, to szefowa tej bazy , papierkowe sprawy , litania co można a czego nie i niestety następne problemy. Nasza wynajęta łódź jest rozbita, wcześniejsza ekipa z Rosji rozbiła łajbę o brzeg, na szczęście nie o skały, wszyscy żyją ale łódka to wrak.
W zamian za naszą łódź Arvora 230 dostajemy Arvora 215, mniejszy słabszy i w dodatku jest jeszcze pytanie czy go oddamy na jeden dzień innej ekipie. To raczej nam nie odpowiada i odmawiamy, nie mamy zamiaru tracić jeszcze więcej niż już traciliśmy.
Nie tracimy czasu, szybko pakujemy się na łódkę i na morze, może nie daleko, raczej sprawdzić łajbę ale padają pierwsze ryby, dorsze , plamiaki, czerniaki a trafia się też zębacz i karmazyn. Po paru godzinach wracamy do bazy gdzie wita nas Norweska cześć ekipy, poznajemy osobiście Słodziak , Hero, Rapalę i Jacka którzy przed nami powrócili z morza. Dowiadujemy się, że złowili już pierwsze halibuty i to ładne, poprzeczka została wysoko podniesiona i trudno będzie im dorównać.
Następny dzień wita nas wiaterkiem 6-7 m/s, pogoda raczej nas nie rozpieszcza, na szczęście nie posłuchaliśmy Jasia (Jans) i zabraliśmy kombinezony. Jasiu był przed nami na tej wyspie, w bazie na jej drugiej stronie, gdzie przyjechał z własną łodzią. Miał śliczną pogodę czego my już nie doświadczyliśmy, dla nas zostały tylko resztki tego co miał kolega.
Wypływamy na wodę, nasza łajba nie jest zbyt szybka ale dopływamy na łowisko i zaczynamy łowić pierwsze ryby, naszym łupem padają brosmy, duże ponad metrowe dorsze oraz pięknie wybarwione dorsze „kapustniki”.
 

med_gallery_10_30_105604.jpg

 

med_gallery_10_30_106100.jpg

 

med_gallery_10_30_4127.jpg

Prawie wszyscy z nas pobijamy swoje rekordy, niektórzy z nas, tak jak ja łowią pierwszy raz w życiu pewne gatunki ryb, wspaniale się bawimy i jesteśmy szczęśliwi, że możemy robić to co uwielbiamy.

Następnego dnia wieje jeszcze bardziej, fala spora a pogoda niepewna. Nie dajemy za wygraną, płyniemy dość blisko w osłonięte od wiatru części fiordów i obławiamy 25-35m blaty. Rybka nie wychodzi zbyt często i jest drobna, nie zrażeni tym robimy następne dryfy i szukamy rybki. Nasza mało wyrafinowana taktyka jednak przynosi efekty, mamy właśnie robić następny napływ gdy przy zwijaniu wędek Tadek czuje duże uderzenie na swoją Xzogę. Zacięta w toni ryba robi momentalnie odjazd do dna, kijek mocno się ugina a kołowrotek oddaje metr po metrze plecionkę. Na pokładzie wybucha drobna panika, zwijanie wędek, czyszczenie pokładu, szykowanie pętli na ogon, Krzysiek czujnie zasiada za sterami. Powoli Tadek odzyskuje przewagę nad rybą, pompuje , nawija, pompuje, nawija, jednak to nie koniec. Ryba ponownie odchodzi, tym razem z prawej burty ucieka na lewą a Tadek za nią, to co z takim mozołem nawijał znowu się rozwija. W końcu ryba powoli się poddaje, Tedi podciąga ją do burty, ja szybko zakładam pętlę na ogon a Krzysiek ją zaciąga. Szybka decyzja czy zabieramy rybę czy nie i osęka ląduje w pysku halibuta, teraz tylko troszkę wysiłku i halina jest już na pokładzie. Rybka ma 146 cm i waży ponad 43kg, może to nie potwór ale mała też nie, uciecha jest tym większa bo halina pokusiła się na Tadkowego "ZGREDA". Dodam tylko, że na kotwicę 3/0 która uleģła już nieodwracalnej deformacji - jednym słowem mało brakowało. Na szczęście mimo drobnemu deszczykowi cała akcja została uwieczniona na kamerce ale to już całkiem inna historia...

 

med_gallery_10_30_88975.jpg

 

med_gallery_10_30_95159.jpg
 

Tegoż samego dni, wypłynęliśmy jeszcze raz, tym razem na nocny pływ, tak jak myśleliśmy ponownie połowiliśmy sporych ryb, znowu poprawiliśmy swe rekordy i wróciliśmy do portu zmęczeni ale i w pełni zadowoleni.

 

med_gallery_10_30_85364.jpg

 

med_gallery_10_30_46786.jpg

 

med_gallery_10_30_28827.jpg

 

Kolejny dzień nie był dla nas łaskawy, sypało śniegiem, fiordy pokryła nieprzenikalna mgła a wszędobylski wiatr o sile 11-13 m/s wiał, wiał i wiał. Siedzieliśmy w bazie, czekaliśmy na dobrą pogodę , gadaliśmy o wszystkim i o niczym, a też znalazł się czas na jakiś „SAMOUMILACZ” czyli na to co tygryski lubią najbardziej.

 

med_gallery_10_30_99377.jpg

 

med_gallery_10_30_15784.jpg

 

med_gallery_10_30_133984.jpg
 

Znalazł się też czas na m troszkę nauki o filetowaniu, wraz ze Słodziakiem nagraliśmy film instruktażowy o sprawianiu halibuta. Jak tylko zbiorę się do kupy, zmontuję ten filmik i wstawię go na nasze forum, oczywiście po kolaudacji u Marka.

Kolejny dzień , też nie był bajeczny ale przed wieczorem wiaterek siadł na tyle by można było wyjść w morze. Oczywiście nie myśląc wiele ustaliliśmy ,że wypływamy, to była w zasadzie ostatnia szansa na wyjście z portu przed wyjazdem, pogoda nastepnego dnia zdecydowanie zmieniała się na gorszą. Zatem zgodnie obie części ekipy Polska i Norweska przeprowadziły tankowanie łodzi, graty na łajbę i w morze. Rybki trzeba było tycio poszukać ale się znalazła, na łajbie kolegów znalazł się między innymi 18kg dorsz i dwa halibuty. U nas też pokazały się piękne dorsze no i to na co ja czekałem od samego początku, przyszła kolej i na mnie, miałem swoją Halinkę ale zacznę od początku.
Kolejne dryfy i napływy, pływamy tycio inaczej niż koledzy z drugiej łajby , obławiamy bardziej stoki niż równe blaty. Kolejny dryf, mało co wyszło, już padło hasło do następnego napływu gdy coś ostro uderza w moja gumę, ostro wyciągnęło parę metrów pletki i stanęło. Powoli ciągnę w górę, po paru pompowniach znowu odejście ale bardzo krótkie, mam silne przeczucie że to nie dorsz, że to rybsko po które przejechałem 2500km. Niestety reszta załogi nie jest tego przekonana, raczej obstawiają duuuuużego dorsza ale nie Halinę. Na pokładzie panuje całkowity spokój, wszyscy spokojnie łowią, nikt nie zwija kijków, nie szykuje pokładu, nie mówiąc już o pętli na ogon. Ja powoli ciągnę rybę do góry, która jakoś nie okazuje zapału do walki, odejścia są 2-3 metrowe, zaczynam sam się zastanawiać czy to na pewno ta ryba o której marzyłem. Metr po metrze podciągam zdobycz do powierzchni aż w końcu widzę kolor w wodzie, nadal nie jestem pewien ale, ale jeszcze meterek i już wiem na 100% to ona – moja Halinka 
Z zadowoleniem oznajmiam to ekipie i wtedy się zaczyna, niestety nie walka z rybą ale raczej panika na pokładzie . Jeden nerwowo zwija swój kijek, drugi nadal patrzy z niedowierzaniem, dobrze że Tadek zatrybia, błyskawicznie się zwija, szykuje pętlę i rzuca się z pomocą. Staram się przytrzymać spokojnie rybę na powierzchni wody, jak najbliżej rufy, Tadzio zakłada pętlę, zaciska ale jakimś cudem pętla spada, halibut dostaje szału i schodzi pod wodę. Idzie pod łajbę , niestety tak niefartownie, że plecionka dostaję się pod śrubę mocującą drabinkę na rufie. W akcie desperacji rzucam się by ratować plecionkę ale niestety o ułamek sekundy za późno, halibut urywa się i odzyskuje wolność a ja z przekleństwami na ustach zostaję w samotnym cierpieniu na pokładzie 
Nic to, następnym razem nie zrobię ponownie popełnionych błędów.
Na pocieszenie trafia mi się ponad metrowy czerniak, ryba jest bardzo waleczna, na tyle że miałem nadzieję że to następny halibut. Tym razem załoga nie była już zaskoczona, postępowała tak jak powinna, pełne zgranie, niestety ryba inna ale nie ma tego złego.
To był mój następny rekord życiowy i jedyny taki wielki czarniak na pokładzie całej naszej wyprawy. Jeszcze jedną niespodzianką dla mnie było spotkanie morświnów, krótko ale odwiedziły nas, polowaliśmy na tej samej ławicy seja, doprawdy piękne ssaki :)

 

med_gallery_10_30_67700.jpg
 

 

Taki właśnie był ostatni nasz dzień łowienia, pogoda się zepsuła, łodzie trzeba było zdać i przyszedł czas wyjazdu. Porządki na kwaterze porobione, pakowanie i w drogę. Ekipa norweska ruszyła w stronę Tromso na lotnisku a my ku dalekiej Polsce, jeszcze tylko wspólna fotka na pokładzie promu i to byłby koniec tej wycieczki.

 

med_gallery_10_30_128463.jpg
 

 

Koniec łowienia ale nie koniec wycieczki. Nas czekała jeszcze droga do domu, droga której połowa była z samochód Krzyśka na sztywnym holu. Krzysia ten kawałek złomu kosztował jedyne1500 koron i zero pewności czy będzie pasował albo czy ktoś się do niego nie przyczepi.

 

med_gallery_10_30_57789.jpg

 

med_gallery_10_30_133702.jpg

 

Na szczęście hol pasował, udało się szczepić auta i powlekliśmy się w stronę Helsinek. Wydawać by się mogło, że wyczerpaliśmy naszego pecha ale niestety nie, w porcie okazało się ,że nie ma miejsca na promie i najbliższy wolny jest za dwa dni. Zabukowaliśmy go ale gdy po 32 godzinach oczekiwania okazało się , że możemy wjechać na pokład innego promu, szybko to zrobiliśmy. Straciliśmy troszkę kaski ale zapewne uratowaliśmy rybkę wiezioną do domku 
Tak oto zakończyliśmy naszą wyprawę, rezultat to , sporo zabawy, troszkę nerwów, nowe rekordy rybek, 11 złowionych halibutów w tym 9 wypuszczonych ( jeśli oczywiście zaliczycie mi mojego… )

Wynik to:

Tadek (Tleilax ) - 146 cm
Wojtek (Rapala) - 120cm, 122cm i jakiś mały był chyba 80cm
Rafała (Hero) - 164 cm , 100cm i 124 cm oraz 140 cm
Marek (Słodziaksos) - 50 cm i 115cm
No i mój, podobny do Tadziowego, był przy burcie więc chyba zaliczony…


PS:
bardzo proszę o poprawienie ewentualnych błędów ale mam nadzieje że wszystko się zgadza :)
 


Ten post został wypromowany na artykuł


#13297 Lodowe dorsze z OsloFjord

Napisane przez Hero w 24 listopad 2016 - 12:28

Witam po malej przerwie -).
Udalo sie poskladac material z zeszlej zimy . Na filmie zobaczycie dosyc egzotyczna dyscypline lowienia dorszy z pod lodu . Nasze wspolne wypady z Wojtkiem Rapala do mojej zatoczki
Przy pieknej pogodzie to niezwykla przyjemnosc .
Czekamy na lod -)

https://youtu.be/g4y8RenYbvY


#12673 Havoysund 2016

Napisane przez Rapala w 13 wrzesień 2016 - 22:08




#7169 Rejs BODO-LOFOTY-SVARTISEN -BODO

Napisane przez zbynio w 30 lipiec 2015 - 11:04

Rejs żeglarsko-wedkarski jachtem Gedania rozpoczał się 13.07.15 w miejscowości Bodo.

Grupa znajomych postanowila odbyć ten rejs  aby nacieszyć sie niepowtarzalnymi krajobrazami norweskich

fiordów a jednocześnie przy każdej nadarzającej sie okazji wędkować.Postaram się w możliwie krótki

sposób zdać relację z tego rejsu.

Uczestnikami rejsu bylo 17 osób plus kapitan. Wszyscy stanowiliśmy załogę tego jachtu pod dowództwem

kapitana Wiesława. Niektórzy uczestnicy wyprawy dostali sie do Bodo samochodami a inni samolotami.

Gedania jest jachtem o długości całkowitej 23,28 m, szerokości 5,2 m, zanurzeniu 3,2 m. Moc silnika  192kW,

a powierzchnia zagli 230 m2. Zostaliśmy przydzieleni do poszczególnych oficerów jachtowych aby pod ich przewodnictwem

móc pełnić wachty: kambuzową, bosmańską i nawigacyjną.

W Bodo przywitała nas ładna słoneczna pogoda. Bodo jest miastem portowym i leży w regionie Nordland.

Miasto i gminę zamieszkuje około 45 tys. ludzi. Cały dzień zajęły nam sprawy organizacyjne.

 

0021.jpeg 0101.jpeg 0111.jpeg 0171.jpeg

0171.jpeg 0191.jpeg 0231.jpeg

Mapa rejsu 1 23.07.2015 003.jpg

 

Następnego dnia po szkoleniu na temat używania sprzętu raunkowego, kamizelek,szelek i pontonu

w sytuacjach kryzysowych wypływamy z Bodo. Po przepłynięciu 3 mil pierwsza górka o głębokości 30 m.

Po pierwszych próbach mamy brania drobnych czarniaków i niewielkich dorszy. Czarniaki nie pozwalają pilkerom

na zejście do dna. Atakują od razu przynęty. Wobec tego przepływamy kolejne 7 mil za wyspę gdzie początkowo 

lowimy na głębokości 30 m, a póżniej schodzimy na 60 m. Jacht nie posiada na wyposażeniu echosondy.

Posługujemy sie tylko sonarem głebokości. Pojawiają się pierwsze ryby. Andrzej łowi zębacza ok. 2 kg.

Na 100 m bingo. Wszyscy łowią. Przewazaja dorsze od 2 kg do 7,5 kg dorsza Saszy z Białorusi.

Trafiają sie również drobne brosmyi molwy do 2 kg. Mam dwa mocne brania ale po holwaniu przez 80 m ryby schodzą

z zestawu. Kończymy wędkowanie o 21.00. Czeka nas nas teraz filetowanie ryb i wachty.

 

0371.jpeg 0401.jpeg 0451.jpeg 0481.jpeg 0511.jpeg 0561.jpeg 0611.jpeg 0651.jpeg 0671.jpeg 0691.jpeg

 

Rano po śniadanku wypływamy. Płyniemy ok. 1. godz. na łowisko gdzie poprzednio łowiliśmy.

Do 13 łowimy drobne czarniaki a póżniej coraz większe dorsze do 5 kg. Jeden z kolegów, który pierwszy raz łowi w morzu

mam silne branie. Ryba zaciekle walczy. słychac miły odgłos hamulca. Po kilkudziesięciu minutach naszym oczom

okazuje sie piękny dorsz. Po zważeniu, dorsz ma masę 14 kg i jak się póżniej okazalo bedzie największą rybą rejsu.

 

AP1.jpeg

Po wędkowaniu płyniemy z prędkością 5,6 węzła do NUSFJORDU na LOFOTACH.

Lofoty to archipelag na Morzu Norweskim ciągnący się na dlugości 112 km od maleńkiej wyspy Rost

po cieśninę Roftsundet. Około godz. 20 dopływamy do portu otoczonego górami.

 

0761.jpeg 0721.jpeg 0851.jpeg 0871.jpeg 0901.jpeg 0881.jpeg 1021.jpeg

 

16.07.15 wypływamy z NUSFJORDU w kierunku płd-zach.. Po 2 godz. płynięcia  stajemy na łowisku o głębokości od 28 m do 50 m.Biorą tylko brosmy do 2 kg. trafiają się dorsze ale niewielkie. Ryszard łowi ładną molwę dlugości ok. 1 m.

Ja na pilka 170g mam branie czarniaka. nie wyciągam go. Po chwili czuję uderzenie ryby. Po holu na powierzchni ukazuje się dorsz, który wypluwa 25 cm czarniaka.Dorsz mierzy 90 cm i waży 7 kg. Wydawał się  większy. Tego dnia to byla największa ryba. Rysiekwyciaga jeszcze czarniaka ok. 3,5 kg.

Wędkowanie kończymy i płyniemy dalej w tym samym kierunku.

 

1131.jpeg 1181.jpeg

 

Zrobiło sie wietrznie i zaczął padać deszcz. Kotwiczymy w REINE o 20.30. Jest to malownicza wioska

rybacka na Lofotach liczaca około 300 mieszkańcow.

 

1221.jpeg 1231.jpeg 1301.jpeg 1351.jpeg 1381.jpeg 1371.jpeg 1411.jpeg 1441.jpeg

 

Po noclegu 0o 9 wypływamy z REINE. Płyniemy na północny wschód wzdłuż Lofotów z prędkością 6 węzlów.

Pogoda jest bardzo brzydka. Wiatr 5B. niektórzy mają kłopoty żołądkowe. Wpływamy do Trollfjordu.

Przy tej pogodzie widoki tak nie powalają.. Wypływamy z powrotem i płyniemy fiordem na północ.

Na obiadokolację jemy świetną zupę rybną "uchę'. Kotwiczymy u ujścia fiordu na przystani.

Pogoda jest nadal fatalna. Dzisiaj zero wędkowania.

1861.jpeg 1871.jpeg

Po wypłynięciu w kierunku zachodnim i zrobieniu ok. 12 mil próbujemy coś zlowić ale bezskutecznie. Trafiają się tylko pojedyńcze małe brosmy.Płyniemy dalej na zachód. Na łowisku kolo wyspy Hadseloya na głebokości80 mzaczynają brać dorsze. Najpierw takie 3 kg, potem 7 kg i 8 kg. Robimy sobie przerwę na obiad. Po obiedzie na tym samym łowisku, zakladam 300 g pilkera banana. Po opuszczeniu pilkera od razu mam branie. czuję, że ryba musi być duża. zaczyna

siię pompowanie. ędka wygięta w pałąk. Po kilkudziesięcio minutowej walce, napowierzchni ukazujesię duży dorsz.

ma 1m  i 10 kg.

Tego dnia kapitan łowi 9,5 kg dorsza, Bogdan 8,5 kg, Krzysiek9 kg i jurek 8 kg. Lowimy również kilka  dużych czarniaków do 4 kg.Piękna miejscówka. Około 24 kotwiczymy w tym samym miejscu co poprzednio. Do 3 ranofiletujemy / jężeli można użyć tutaj tego określenia/.

 

2011.jpeg 2091.jpeg 2111.jpeg 2161.jpeg 2241.jpeg

 

19 lipca wypływamy powrotnie na płd.- zach.. Po drodze wpływamy jeszcze raz do Trollfjordu. Jest to krótki fiord z pionowymi ścianami skalnymi . szczególny urok nadaje mu sloneczna pogoda, którą obecnie mamy.

W polowie drogi między Lofotami a Bodo znajduje sięNORDSCOTT. Docieramy tam o godz. 18.00. Dobijamy

do prywatnej bazy wędkarskiej. Norweg pozwala nam tam przenocować. W bazie przebywaja akurat Polacy.

Ich największy okaz to 20 kg dorsz i wspomnienia walki z halibutem. Poza tym mająna koncie mniejsze dwucyfrówkii

małego halibuta.

 

.2581.jpeg 2641.jpeg 2671.jpeg 2731.jpeg 2781.jpeg 2811.jpeg

 

Następnego dnia startujemy na zachód na łowisko 16 mil od NORDSCOTT. Po godz. 13 na 100 m pojawiły sie brania. Początkowo były to 3 kg dorsze. Póżniej większe. Jurek na połaczone dwa pilkery złowił dorsza 13 kg.

Ja łowię 5 kg dorsza. Po zejściu ze stoku na głebokość 50 mbrania dorszy ustały.Jurek ma znowu farta.

Po holu wyciąga piękną molwę ponad 1 m i 7 kg wagi.Wiesław łowi natomiast 13,5 kg dorsza.

Wszyscy ciągna ryby.Bingo. U mnie jest duże branie ale niestety dorsz rozciąga kółko łacznikowe i znika z pilkerem.

Koledzy holuja dorsze po 8 kg. Kończymy około 21 w pełni szczęśliwi.

Po 20 wypływamy na lodowiec SVARTISEN.

2961.jpeg JM1.jpeg 2911.jpeg

3021.jpeg 3091.jpeg 3111.jpeg 3131.jpeg 3181.jpeg

 

21.07 dopływamy do SVARTIEN. Nazwa Svartisen dosłownie oznacza czarny lód. Część osób nie poszla na lodowiec ponieważ już go widziała.Żeby urozmaicić sobie czas postanowilem połowić na wahadlówkę.Traf chciał , że w pierwszym rzucie zaliczyłem makrelę w tej scenerii. Kolega Ryszard miał fajniejszy traf ponieważ  zlowił zaraz po mnie łososia 2 kg.

Radość niesamowita. Pózniej nie mieliśmy żadnego pobicia.

Koledzy zlodowca wracaja o 17.

3271.jpeg 3281.jpeg 3291.jpeg 3311.jpeg 3321.jpeg 3351.jpeg 3381.jpeg 3421.jpeg

 

Płyniemy na płd-zah. na łowisko. Po dotarciu na miejsce zaczynamy łowienie.

Niestety przy slonecznej pogodzie ale wietrznej nic nie bierze. Łowimy kilka dorszy i brosm.

O 21.30 startujemy w kierunku Bodo.

 

 

 

Dopływamy rano 22.07 do lowiska przy Bodo. Jest slonecznie, duży wiatr i duży dryf. Dorsze w ogóle nie biorą.

Jest trochę małych czarniaków i brosm. Próbujemy na różnych głębokościach . Jest bez zmian.

Nie ma sensu łowić w tych wrunkach. O 14 dobijamy do przystani w BODO. Na obiad zupa z kożlaków

spod lodowca. jest pyszna. Po obiedzie zaczyna się generalne sprzatanie jachtu.

Rejs zakończyliśmy szcześliwi i bogatsi o nowe doświadczenia i wrażenia .

Poznaliśmy nowe miejsca i nowe łowiska.

Bodo na drugi dzień żegna nas deszczem.

Nie płaczcie my tu na pewno wrócimy.

Zbyszek

 

 

3451.jpeg Mapa rejsu 1 23.07.2015 003.jpg 3541.jpeg 3571.jpeg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Załączone miniatury

  • 1251.jpeg
  • 1471.jpeg
  • 2641.jpeg
  • 2901.jpeg



#14124 Forumowo na jeziorze Mjosa

Napisane przez Hero w 21 luty 2017 - 20:16

     Dzieki uprzejmosci naszego forumowego kolegi  Rafala silna ekipa z Oslo oraz okolic -)  zawitala na tej pieknej wodzie. Wraz ze Slodziakiem i Wojtkiem probowalismy namierzyc  rybki dwukrotnie.  Troc to piekna ryba ale dla wytrwalych i jak malo ktora uczy cierpliwosci.  

Nasz pierwszy wyjazd w tym sezonie na Mjose zakonczyl sie kilkoma delikatnymi skubnieciami  i jedna trotka ktora zlapal Wojtek. Do tego bylo pare okoni i piekny metrowy szczupak zlapany przez gospodarza.

     Drugi wyjazd to inne miejsce i dzieki naszej uciesze sporo wyjetych ladnych sieji.  

Ryby braly bardzo delikatnie na ultra lekki sprzet i trzeba bylo je dlugo prowokowac zanim zdecydowaly sie na delikatne branie, wszystko swietnie widac bylo na echu.  Nasze wedki zastawione na troc jednak milczaly jak zaklete. 

Pierwsza trotke zlowil Wojtek na blaszke z reki.  Nie byla duza ale dawala nadzieje ze jeszcze cos sie wydarzy...

Cisze przerwal dzwiek wyjacego sygnalizatora.  Uderzenie bylo mocne, ryba pojechala kilka metrow. Ostatnie metry do wedki to ladowanie na kolanach slizgiem. Mocno zacinam i jest. Kij stanal, duzy opor, poprawiam zaciecie, ciezar stoi, jeszcze kilka sekund i ryba schodzi....   byla ladna i tak dlugo wyczekiwana. Czuje sie podle.  No coz tak czasem bywa.  Rafal pociesza mnie ze na wiele bran tylko kilka ma zacietych . Wracam do lowienia siejek a humor poprawia swietny goracy gulasz przygotowany przez  Rafala. 

      Sielanka trwa w najlepsze , Dobry humor wspolne towarzystwo i sieje powoduja ze zapominamy na chwile o trotkach.  No wlasnie co to za dzwonek ???  Znowu moja wedka. widze jak co chwile  gnie sie i dzwoni. Lece do niej a za mna podaza  Slodziak z telefonem w roli kamery,  zaciecie i jest ! Duzy ciezar jedzie  i kopie niemilosiernie. Kij sztywny  nie pomaga w holu. Ryba wziela plytko  takze dosyc szybko udaje sie ja podniesc pod pokrywe lodowa.  Jest juz Rafal ktory instruuje i asystuje przy podbieraniu. To nie latwa sztuka naprowadzic taka torpede  do otworu kiedy lod gruby a ryba naprawde spora. Naszczescie udaje sie  i na lod wjedzdza prawdziwa locha. Wybuch radosci  niesamowity. Udalo sie  i warto bylo czekac  na ta chwile !

 

post-16-0-81683000-1487703857.jpg post-16-0-68333100-1487703887.jpg

post-16-0-29815500-1487703917.jpg IMG_9291.JPG

post-16-0-57040800-1487704070.jpg post-16-0-50634300-1487704098.jpg

post-16-0-60356200-1487704135.jpg post-16-0-44700700-1487704172.jpg

post-16-0-81175100-1487704196.jpg post-16-0-99707000-1487704225.jpg

IMG_9554.JPG IMG_9558.JPG

 

https://www.youtube....bed/GmTcgH02_rA

 

 

 

Podziekowania dla chlopakow za swietny czas a w szczegolnosci dla Rafala za zaproszenie i support. Do zobaczenia wkrotce -)

 

 

ps. Prosze Admina o poprwienie w miare mozliwosci poprzewracanych fotek




#13135 Okonie z Nogatu

Napisane przez Cpt. Lego w 30 październik 2016 - 19:41

Kolega zabrał mnie dziś na okonki, na Nogat. Pogoda paskudna, albo ja źle ubrany. Luknąłem wczoraj na prognozę i w Kwidzynie była ok, ale my rybki łowilismy 70km dalej :D Padało, wiało i zimno było. Okonie żerowały chimerycznie i tylko wtedy gdy na chwilę zaświeciło słoneczko i przycichł wiatr. Było fajnie, rybki mimo wszystko były, kilka pistoletów i kilkadziesiąt okoni w przedziale 15-30cm. Byk mój największy 29cm robi za 50-taka z pod Oslo ;)

Sprzęcior to kij na blanku Suzuki RXF 601 - zajebisty na okonie na lekko, oraz Matagi TR 78 - deko za długi na łódkę, choć to tylko 233cm.

 

gallery_9_90_298188.jpg

 

gallery_9_90_280503.jpg

 

gallery_9_90_138213.jpg

 

 

 




#11914 Gjesvaer maj 2016

Napisane przez robert_d w 01 czerwiec 2016 - 14:12

wszystko co dobre kiedyś się kończy już po pobycie od 21 do 30 maja w polskiej bazie w Gjesvare. Pogada dopisała wyśmienicie z 9 dni tylko 2 razy nie pływaliśmy ale to wyszło wszystkim na dobre bo w końcu było więcej czasu na odpoczynek i regenerację sił przed kolejnymi wypłynięciami na te morskie potwory.

Najczęstszą ryba jak zwykle były dorsze   ale dopisywały wyjątkową walecznością oraz rozmiarami parę fotek sztuk powyżej 15kg. Tych od 9 do 12 kg nie liczyliśmy ale było ich mnóstwo. Złapaliśmy też sporo zębaczy ale bez rekordów no jak wszędzie wszędobylskie brosmy i plamniaki.

 

Na okrasę trafił się całkiem przyzwoity halibut 109cm.

Przynęty pilkery ale najskuteczniejsze były duże gumy  Savage Gear 25 cm

Wyjazd bardzo udany, duże podziękowania dla Mariusza za załatwienie, spraw nie do ogarnięcia przez niektórych, zainteresowani wiedzą o czym mowa. Pod koniec pobytu woda znacznie się ociepliło z 5 do prawie 7,5 i z większa rybo było krucho daleko trzeba było pływać i szukać zimniejszej wody.

No cóż pozostaje czekać do kolejnej wyprawy ale to tylko 10 mcy:)

Załączone miniatury

  • HPIM3707.JPG
  • HPIM3726.JPG
  • HPIM3713.JPG



#6248 NORDKAPP 2015

Napisane przez Krisu w 19 maj 2015 - 18:00

Witam,

 

Przedstawiam moją krótką video relację z wyjazdu w kwietniu 2015 r. do Gjesvaer. 

 

 

Pozdrawiam

 

Krisu




#15345 Vega 2017

Napisane przez Lasol w 06 sierpień 2017 - 10:42

Wyprawa na wyspe Vega 23-30.07.2017.To byla moja 6 wyprawa do Norwegii ale pierwsza zorganizowana samodzielnie w gronie przyjaciol.Wyruszylismy z Bawarii/2 kolegow dojechalo z Polski/do Hirtshals w Danii 1350km.Nastepnie szybkim i tanim promem dotarlismy do Larvik w Norwegii.Dalej juz tylko 1000 km i bylismy na Vedze!Podczas calego pobytu mielismy piekna ,sloneczna pogode od 20-25 stopni.Woda w archipelagu miala 12 stopni i pewnie dlatego nie bylo latwo z lowieniem.W pierwszy dzien swietnie braly makrele i dorsze 1-3 kg.Makrele uwedzilismy-rewelacja!Podczas calego pobytu wiatr pozwolil nam 2 razy wyplynac na otwarte morze-ok.1 godz.drogi i to byl strzal w 10! W pierwszym dniu na otwartym morzu trafilismy na dorsze od 5-8 kg.Drugie wyplyniecie bylo jeszcze lepsze bo oprocz dorszy zlowilismy 4 halibuty/20,11,11i 10 kg.Ja zlowilem 20i 10-moje pierwsze halibuty wiec jestem bardzo zadowolony!W pozostale dni lowilismy w archipelagu-szukalismy glebszych miejscowek 60-100 m.Braly karmazyny,molwy ,brosmy i dorsze do 3kg. Ogolnie wyjazd bardzo udany-wszyscy bardzo zadowoleni.Baza bardzo fajna-gospodarze mili i uczynni-zadnych problemow.vega2017 060.JPG

Załączone miniatury

  • vega2017 050.JPG
  • vega2017 036.JPG
  • vega2017 042.JPG



#11581 Ski Havfiskeklubb-wedkowanie klubowe w Norge

Napisane przez chichot w 24 kwiecień 2016 - 15:49

Juz od pewnego czasu nosilem sie z zamiarem wyplyniecia i polowienia z kutra w Drøbak.Niejednokrotnie widzialem jak owe jednostki wyplywaja, niekiedy wrecz oblepione wedkarzami.I tak sie czailem i  czailem i w koncu zdecydowalem sie.W zeszlym tygodniu zapisalem sie do wspomnianego w temacie Ski Havfiskeklubb.Dla zainteresowanych wklejam link http://www.skihavfiskeklubb.org/

Wpisowe wynosi 650nok,a kazdorazowe wyplyniecie 400nok za pieciogodzinne wedkowanie.Akurat dzisiaj bylem na mini zawodach wewnatrz klubowych klubbtur7-Poengfiske plamiak liczyl sie podwojnie.Kazdy z uczestnikow dostal liste z punktowanymi gatunkami ryb,bylo ich 18.Wyplynelismy na dwoch jednostkach na wiekszej bylo okolo 15 wedkarzy zas na mniejszej gdzie ja probowalem swoich sil 6.

DSC_2820.JPG   DSC_2821.JPG

Przyznam,ze bylem mocno zaskoczony..Norwegia kojarzy sie z lapaniem duzych ryb,natomiast tym razem bylo calkiem inaczej..Najpierw zaczelismy polowac na wszelkie fladry,kury diably,rdzawce,seje itd.

DSC_2847.JPG

Szczerze przyznam,ze bez uprzejmej pomocy dwoch Norwegow Jona i Robina zaliczylbym wtope.Poratowali mnie gotowymi uzbrojonymi juz przyponami,pozostalo tylko zalozyc miesko na haczyk i tylko lowic.Poczatkowo nic nie moglem zaciac ale z czasem juz sie znacznie poprawilo :)

Najpierw zameldowala sie fladra,kolejna, kur witlinek .

Pozniej zmienilismy miejsce i dostalem zestaw z jeszcze mniejszymi haczykami,zaowocowalo to kolejnymi fladrami i rybka zwana sypike.Szczeka calkiem mi opadla gdy podplynelismy z 12m do brzegu i zmienilismy zestawy najeszcze delikatniejsze,haczyki nr 12 i tylko troszke mieska makreli i do wody :)

DSC_2828.JPG   DSC_2829.JPG

I tylko mi sie udalo chwycic prawdziwego morskiego potwora :D

DSC_2832.JPG

Na ostatnie dwie godziny poplynelismy na wieksze ryby i glowny cel-plamiaki.Zasada bylo,ze lowimy na trzy haki max.Zalozylismy wieksze haki na nie filety z makreli odpowiednie dociazenie i na wode.Lowilismy w okolicy Galeri Finsrud.Echo pokazywalo 100-111m,natomiast seje byly na okolo 60-80m.Zlapalismy lacznie kilkanascie sejow i tylko jeden z naszych kolegow trafil plamiaka.Lecz i tu usmiechnelo do mnie szczescie..Jest branie na jakis 60m ,ale idzie spokojnie bez szalenczych uderzen jak to sej.Okazalo sie,ze zlapalem szarego rekina :D Chlopaki pospieszyli z gratulacjami,aczkolwiek to rzadki okaz i do tego na pierwszym wyjezdzie :)

DSC_2833.JPG   DSC_2839.JPG

Robin mi powiedzial,ze poluje juz na tego rekina juz niemal 2 lata i  bez skutku..Znowu jakies seje i..zartuje do chlopakow,ze drugi rekin..po chwili okazalo sie ze mam racje :D Spojrzeli na mnie,na siebie,hihi miny nietegie.W koncu nie czesto sie zdarza zlapac dwa rekiny na jednej wyprawie,ale w koncu usmiechnelo sie szczescie do Robina i on rowniez wyciagnal swojego rekina szarego,Cieszyl sie jak dziecko :) Zaraz drugi kuter okrzyknal nas lowcami rekinow.Atmosfera byla znakomita,przyjacielska.Najwiekszy sej rowniez padl na naszej lodzi,taki powyzej 4kg.W porcie mierzenie,wazenie i zdawanie kart z wynikami.Najlepszy okazal sie pewien Norweg,ktory zlowil 9 roznych gatunkow ryb.Ja mialem ich 7 co bylo wynikiem przyzwoitym jak na pierwszy taki wyjazd.Kolejny wyjazd klubowy 22maja,wiec mam troche czasu do przygotowania sie.Dzisiejszy dzien traktuje jako niezwykle udany.Nabylem przede wszystkim sporo doswiadczenia i zauwazylem,ze Norwegia to nie tylko duze ryby,ale rowniez cala masa mniejszych rybek rownie ciekawych pod wzgledem rywalizacji.Za miesiac kolejna relacja.

Pozdrawiam

DSC_2841.JPG




#16080 Arktyka - zorza i halibuty. Mikkelvik późna jesień 2017.

Napisane przez longin w 09 grudzień 2017 - 15:43

Mikkelvik. Nazwa miejsca jeszcze do niedawna nic nikomu nie mówiąca. Jakieś dwa lata temu, szukając bazy wędkarskiej na północy Norwegii, moją uwagę zwróciła informacja o budowie nowej bazy. Właśnie w Mikkelvik.

Podzieliłem się to wiadomością z Andrzejem ( Zdrowaczekolada), który wykorzystując swój pobyt w czeskiej bazie w Dyrsfjordzie, niejako po drodze wstąpił do Mikkelvik.

Jego relacja potwierdziła moje podejrzenia, że będzie to jedna z lepszych baz na północy Norwegii.

                       Musiały upłynąć prawie dwa lata nim moja noga stanęła w Mikkelvik. Stało się to dość późną jesienią tego roku. Byłem tam od 8.11  - 15.11. 17. Z grupą kilku kolegów, z forum i spoza forum. Andrzej ( Zdrowaczakolada), że tak powiem „robił” za przewodnika z racji tego, że był to jego już któryś pobyt w tej bazie.

Ale po kolei.

                     Andrzej zorganizował i zarezerwowal domek w bazie. Pojechało nas dziesięciu kolegów. Nie znających się nawzajem.  Dość ryzykowna sytuacja ale na szczęście wszyscy okazali się, że tak powiem normalnymi, trochę zakręconymi ludźmi. Szczególnie na punkcie wędkarstwa w Norwegii.  

                     Leciałem do Tromso samolotem z Krakowa, z trójką kolegów, z międzylądowaniem w Oslo. Gdzie mieliśmy się spotkać z pozostałą ekipą lecącą z Gdańska i z dwoma kolegami, którzy okazali się braćmi mieszkającymi stale w Norwegii.

Lot do Tromso zaczął się nieszczególnie, z prawie 3,5 półgodzinnym opóźnieniem z powodu awarii samolotu. Gościu sobie chodził z kleszczykami, w te i z powrotem, zastanawiając się czy da się usunąć awarię, czy nie. Dość stresująca sytuacja! W pewnym momencie miałem już dość i chciałem wysiadać. Obawiałem się czy samolot doleci bez problemów do Oslo. Jakoś doleciał.

                     Tak duże opóźnienie spowodowało, oczywiście następne perturbacje z kolejnym lotem do Tromso. W sumie, jakoś koło godziny 23-cej wylądowaliśmy szczęśliwe w Tromso. Tu czekał nas jeszcze transport do bazy. Do której dotarliśmy dobrze po północy. Sytuację rozwiązała szklaneczka dobrego trunku.

Po porannym śniadaniu wyruszamy na łowy. Pierwszy dzień służył rozpoznaniu łowiska. Kręcimy się w różnych miejscach fiordu, i  na różnych głębokościach. Ryby biorą, ale ich wielkość nie powala. Kolejny dzień, taki sam. Ryby są, od czasu do czasu meldują się sztuki po 10+ kg.  Pływamy w dwie łodzie. Penetrujemy różne łowiska. Późnym wieczorem widzę pierwszy raz w życiu zorzę polarną (Aurorę borealis). Niesamowite zjawisko. Urzekające.

Mimo tak późnej pory roku panują dość znośne warunki pogodowe. Pozwalają nawet na wypłynięcie na ocean. Gdzie wielkość dorszy znacznie się poprawia.

Koledzy z drugiej łodzi łowią nie wielkiego halibuta. Ale prawdziwe emocje dopiero przed nami.

Załoganci z łodzi Andrzeja, równocześnie we dwóch zaczepiają tego samego halibuta!!? Walka z mim trwała dobrych kilkadziesiąt minut.

Po powrocie do bazy wszyscy jeszcze bardzo długo przeżywają emocjonujący hol tak dużej ryby. Jak się okazało halibut ważył 82 kg, przy długości ok. 181 cm.

Kolejny dzień na wodzie. I znowu szczęście się uśmiecha do łodzi Andrzeja. Jego i mój imiennik Andrzej, zahacza ogromnego halibuta. Cała załoga łodzi, zmienia się dwukrotnie przy wędce próbując pokonać opór ryby. Po ponad czterdziesto minutowym holu podciągają rybę do burty łodzi. Halibut jest ogromny. Jakoś udaje się mu założyć pętlę na ogon . Co pozwala wykonać w miarę dokładne pomiary. Wynik: ryba mierzy 205 cm długości. Co wg tabeli przeliczeniowej, ryba może ważyć ponad 120 kg. Absolutny rekord łowcy i wyprawy. Trudno będzie go poprawić w najbliższym czasie.

Ostatni dzień pobytu to dość zmienna pogoda. Z opadami deszczu. Na wodę odważa się wypłynąć tylko trzech kolegów. Spędzają na wodzie kilka godzin. Kolega Mariusz łowi swoje dwa pierwsze halibuty. Wszyscy są zadowoleni z wyprawy. Łowimy kilka bardzo dużych dorszy, dobrze ponad 15 kg. No i co ważniejsze, aż sześć halibutów. W tym dwa olbrzymy. Jeden 181 cm, a drugi 205 cm. Razem prawie 4-ry metry szczęścia.

Już nie mogę się doczekać kolejnej wyprawy w to miejsce.

Chciałem podziękować wszystkim uczestnikom wyprawy. Za wspaniałą i miłą atmosferę, za wspólne łowy. A koledze Andrzejowi za przygotowanie dorsza po kaszubsku( pycha), i pogratulować mu złowienia największej ryby wyprawy.

Andrzej (Zdrowaczekolada) zorganizował i zaplanował wspaniałą wyprawę. Miał nawet przygotowaną nagrodę dla łowcy największej ryby.

Przynętą wyprawy zostaje guma o kolorze majtkowego różu. Róż okazał się najbardziej skutecznym kolorem tej wyprawy.

Moje przygody z przewoźnikiem (Norwegian) nie skończyły się na wspomnianych perturbacjach z lotem w tamtą stronę. W drodze powrotnej do Krakowa, doleciała ,że się tak wyrażę, połowa mojego bagażu! Brakowało torby w której miałem zapakowane kołowrotki, kombinezon wędkarski, oraz pilkery i kilka gum. Bagaż polatał sobie trochę po Europie, ale szczęśliwie po dwóch dniach dotarł do mnie w całości i nie uszkodzony! Kamień spadł mi z serca.

Udział w wypranie wzięli, kolejność przypadkowa:

Andrzej – Zdrowaczekolada.

Andrzej

Krzysztof

Bonawentura – Boni

Darek

Jarek

Przemek – rybol

Mariusz

Wojtek

Andrzej – Longin piszący te słowa.

Przemek i Jarek prowadzą blog: Wędkarstwo, rejsy po fiordach Norwegii.

 

mikkelvik.jpg

Widok z tak zwanego dużego pokoju!

mikkelvik.jpgmikkelvik.jpg

Baza i łodzie.

mikkelvik.jpgmikkelvik.jpgmikkelvik.jpgmikkelvik.jpgmikkelvik.jpg

33706583_200.0.jpg33706589_200.0.jpg33706609_200.0.jpg33706643_200.0.jpg

mikkelvik.jpg

Surowe piękno Arktyki!

mikkelvik.jpgmikkelvik.jpgmikkelvik.jpg


Ten post został wypromowany na artykuł


#7070 Pstragi z Nord Norge

Napisane przez rafaelnorge w 19 lipiec 2015 - 19:40

Jak co roku w lipcu uganialem sie za pstragami w gorskich rzekach i jeziorach w polnocnej norwegii. Dluga zima i chlodna wiosna sprawily ze warunki pogodowe w gorach zostaly opoznione o okolo miesiaca. Bardzo zimna woda, podwyzszony stan o 1m w porownaniu z innymi latami, pozalewane krzaki i drzewa uczynily ten wyjazd bardzo trudnym technicznie. Ryby dawaly sie lowic tylko w miejscach ze stojaca woda gdzie nie musialy zuzywac energi na walke z pradem a takich miejsc o tej porze w rzece niewiele. Mimo tych trudnych warunkow udalo mi sie dobrze polowic. Na przelomie tyg. zlowilem 6 ryb w przedziale od 1 do 1,4kg i kilkadziesiat mniejszych. Codziennie podczas lowienia spotykalem na swojej drodze rozne zwierzeta, bardzo czesto osobniki mlode, rozne male ptaki, ptactwo lowne i wodne, sowy, myszolowy, zajace renifery losie i gryzonie. Jezdze w to samo miejsce od 7 lat i kazdy rok jest inny, dobre miejscowki znikaja a rzeki trzeba sie uczyc na nowo. Jedynie komarow jakby z roku na rok te same ogromne ilosci. W planach mam jeszcze jeden wylazd na pstragi we wrzesniu, tym razem w sasiednie gory z plecakiem i namiotem do Børgefjell nasjonalpark. Na koniec mala wzmianka o sprzecie, otoz twinek zakupiony na ten wyjazd zakonczyl zywot po 5 godz nad woda. Po zakonczonym wedkowaniu sciagajac wodery i pakujac graty zapomnialem schowac oparta o auto wedke po czym wykonalem manewr nawracania. Szok byl wielki :o  

somern 2015 045.JPG  somern 2015 051.JPG  somern 2015 054.JPG

somern 2015 057.JPG  somern 2015 064.JPG  somern 2015 065.JPG

somern 2015 068.JPG  somern 2015 075.JPG  somern 2015 076.JPG

somern 2015 084.JPG  somern 2015 088.JPG  somern 2015 097.JPG

somern 2015 101.JPG  somern 2015 104.JPG  somern 2015 109.JPG

somern 2015 114.JPG  somern 2015 116.JPG  somern 2015 119.JPG

somern 2015 126.JPG  somern 2015 130.JPG  somern 2015 132.JPG

somern 2015 135.JPG  somern 2015 142.JPG  somern 2015 143.JPG

somern 2015 153.JPG  somern 2015 158.JPG  somern 2015 164.JPG

somern 2015 168.JPG  somern 2015 138.JPG  somern 2015 041.JPG

 




#5330 łosoś

Napisane przez frantic w 27 marzec 2015 - 20:00

Wyprawa 19 marca na Zatokę. Pogoda bajkowa. Rybka ...chyba też :D

115cm, 

Relacja z holu https://youtu.be/SAc...iMZN4ETHq4KATkA                                                                                                                                                                                                                                                         

Załączone miniatury

  • DSCN2101.JPG



#1745 Północ Norwegii z własną łódką.

Napisane przez Gość w 13 czerwiec 2014 - 22:42

Gdy w 2013 na północy Norwegii znalazłem przez przypadek to urokliwe miejsce postanowiłem że następna wyprawa wędkarska będzie tam z własną łódką . Od powrotu właściwie rozpocząłem przygotowania . Przekopanie internetu i znalazłem kontakt z miejscowymi z tej wioski . Do projektu dołączył kolega Jarek któremu tak jak mnie pewne klapki się poprzestawiały na myśl o Halinkach /halibutach/ . Wszystko właściwie przebiegało zgodnie z planem tylko pochłaniało dwa razy tyle czasu. Nadeszła godzina W i trzeba było startować.
Trasa wytyczona 2500 km wiodła przez Polskę , Litwę , Łotwę , Estonię , Finlandię do Norwegii.
Planowany czas przelotu 2,5 dnia wykonaliśmy bez problemowo po mimo nie wiadomej jak na tak długiej trasie poradzimy sobie z przyczepą a na niej ważącą swoje kilogramy łodzią . Była to moja pierwsza podróż na kołach na północ bo do tej pory zawsze latałem samolotem. Trudy podróży zrekompensowały nam wspaniałe krajobrazy.
Na miejsce dotarliśmy o umówionym czasie gdzie czekał na nas Norweg który przekazał nam klucze i pokazał miejsce łodzi w małym porcie. Okazało się że jesteśmy pierwszymi wędkarzami którym wynajmują tu mieszkanie i na dodatek z tak daleka i z własna łódką . Zainteresowanie naszymi osobami było spore i od razu wyczuliśmy pozytywne nastawienie do nas.
Szybkie rozpakowanie , łódz na wodę i od razu pierwszy poważny problem. Cofam samochodem z przyczepa po naturalnym slipie z kamyków , z górki jakoś poszło . Po zrzuceniu łódki na wodę już z pustą przyczepa nie można wjechać na górkę , kopię się w kamykach. Stary Norweg doradził abym odczepił przyczepę i wyjechał samym autem i tak tez zrobiłem. Przyniósł w międzyczasie długą linę i tak na dwa razy udało nam się wyciągnąć przyczepę stojąc już na górce na twardym. A jak będzie na koniec z łódką wolałem na razie nie myśleć.
Spragnieni wrażeń szybko ruszamy na wodę czekając na pierwsze brania. Brań było mnóstwo każdy dzień przynosił nowe rekordy , nowe poławiane gatunki. Złapałem swojego pierwszego halibuta co prawda mały / 92 cm/ ale ważne że był bo to główny cel naszej wyprawy. Jarek nie próżnował bił rekordy na zawołanie dorsz 126cm – sej 108 cm i halibut 118 cm . Przeżył też emocjonującą walkę z potężnym halibutem który nic sobie nie robił z jego próbami walki po prostu parł na głębiny zabierając prawie cały zapas plecionki. Walkę wygrał ale Jarek umówił się z nim na następny raz. I nadszedł ten dzień kiedy i ja poczułem na końcu wędki coś bardzo dużego. Atak był silny ale krótki ,wybranie kilkunastu metrów i przymurowanie, wiedziałem że nie mogłem popełnić żadnego błędu / bo już kilka na tej wyprawie popełniliśmy/. Zaczęło się przeciąganie liny trochę ON /z dużej litery przez szacunek/ trochę ja i tak parę minut. W końcu zobaczyliśmy go w krystalicznie czystej wodzie około 10 metrów pod lustrem wody – był naprawdę wielki/ największy którego na żywo widziałem do tej pory/. Wciągnąłem go do łódki , parę zdjęć i umówiłem się na następny raz. Odpłynął pewnie i majestatycznie jak gdyby nic nie robił sobie z tego spotkania a ono było tak ważne dla mnie. Ta wielka ryba to podsumowanie tak wspaniałej i udanej wyprawy.
W tym miejscu trochę statystyk : złowiliśmy 10 halibutów / 163-118-116-112-95-95-92-90-89-88/ dorsze / 126-125-118-118-115-115 i ok dwudziestu ponad metrówek/ seje / 108-105-102-102/. To te które przekraczały namalowana w kokpicie linie 100cm . Wszystkie te ryby wróciły do wody w dobrej kondycji co nie które po krótkich sesjach zdjęciowych. Właśnie tym że wracając do portu bez ryb a ich fotkami sprawiliśmy że w okolicy zaczęto o nas opowiadać . W oddalonym o parę kilometrów sklepie witano nas serdecznie podkreślając że to ci dwaj Polacy którzy nie zabierają ryb. Teraz gdy piszę te słowa mam informację od kolegów którzy tam są obecnie że też im opowiadają o ich rodakach którzy tam nie dawno byli. Te i inne miłe uczynki z naszej strony sprawiły że wyciągnięcie łódki przestało być problemem także wiele innych spraw jak np.dostęp do internetu .
Wszystko co dobre szybko się jednak kończy i czas wracać do domu. Podróż powrotna trwała 2 dni przebiegła spokojnie pełna rozmów i planów na przyszłość.


Ps. Zamieszczam parę zdjęć z naszej wyprawy ale uprzedzam że jakość ich jest jaka jest a to że zapomnieliśmy aparatu z prawdziwego zdarzenia były naszym największym błędem, tak to już z pakowaniem bywa




#17246 Taniec na lodzie

Napisane przez giaur27 w 05 marzec 2018 - 21:35

Zrobiłem sanki, znaleźliśmy  zamek z fosą, połowiliśmy okoni- okazów brak max 25cm

Herbatka z prądem, ognisko, kiełbaski i flaszeczka pomogły nam przetrwać niekorzystne zjawiska atmosferyczne :) ;)

Załączone miniatury

  • IMG_20180302_124123.jpg
  • IMG_20180302_124217.jpg
  • IMG_20180302_132352.jpg



#17024 łosoś

Napisane przez giaur27 w 15 luty 2018 - 08:12

...trzynastego wszystko zdarzyć się może, trzynastego świat w różowym kolorze... :1_miejsce:

Jednostka Marinero (duże), powoził Gufi, 5 osób na pokładzie i dwie ryby.U Marcia była jedna. Za to wczoraj worek się rozpruł i Gufi miał 5szt, Marcin 2szt.
Wczoraj pływałem za trocią z kolegą Markiem Lego, ale był to słaby dzień- trzy spady (fajna ryba- myślę, że tak 65+) jedna 40cm na pokładzie, ale  ...  "nic to"  jak powiedział Wołodyjowski - z tym, że my walczymy dalej B)

 

Wszyscy mają Króla... mam i ja :D ;)
 

Załączone miniatury

  • Król.jpg