Skocz do zawartości


Zobacz pozostałą treść



Aktualizacje statusu

Wyświetl wszystkie aktualizacje


Ostatnie tematy na forum

Arańa - Rybka tak niebezpieczna jak smaczna

Różne dziwne rybki i nie rybki 07 gru 2018
Częstym przyłowem , a dla wielu to cel, jest taka rybka jak Arańa Rybka ta to prawdziwy przysmak lecz ma 3 kolce, dwa w skrzelach i jeden w grzbiecie, zawierają dawkę 5 do 10 mg toksycznej trucizny.   Tutaj jest link strony z opisem. Najlepiej przetłumaczyć przez translator. Jak się ktoś t...
Pełny temat ›

Poważne pilkery na poważne ryby

Sprzedam 01 gru 2018
Ponieważ nie potrafię chytać dużych ryb    oddam zestaw w skład którego wchodzi: Solvkroken 600 g, Solvkroken 500 g, 1 no name 600 g, 2 x no name 500 g. Tylko 1 600g no name lekko moczony (zalecam wymiane kotwy), reszta nie łowiona. No name mają wypisaną flamastrem gramature- można zmyć...
Pełny temat ›

Siema Koledzy!

Przywitaj się z nami 28 lis 2018
Hej Mam na imię Sebastian, mieszkam w Poznaniu. Wędkuję od  dziecka, pierwsze dorsze zaliczyłem ponad 8 lat temu. Pływam głównie z Kołobrzegu.   Cieszę się,że będę miał możliwość skorzystać  z zasobów  tego forum
Pełny temat ›

Wedka + kręcioł

Sprzęt na bałtyckie dorsze 24 lis 2018
Panowie z racji iżchcęczęściej popływać za dorszem musze zakupićkijek i kołowrotek budżet nie jest wysoki ale na początek musi mi wystarczyćczytałem forum i mam dylemat ,łowie z Darłowka 40-55m(pilkery 120-150) szukam kijka bardziej sztywnego aby mi odczas holu 1 kg dorsza nie wyginał sie w pół c...
Pełny temat ›

Dzień dobry

Przywitaj się z nami 23 lis 2018
Witam na Imie mam Dawid mieszkam w kolicach Sławna,a więc mam niedaleko nad Bałtyk pomimo tego mając 30 lat na karku byłem kilka razy dopiero na motorowce/kutrze i musze stwierdzić że to jest to czyli kolejna metoda połowu która planuje rozszerzyć, jak do tej pory głównie łowie Spinning rzeki(Słu...
Pełny temat ›

* * * * *

Za dorszem w Krainie Śniegu – Loppa 2014


Za dorszem w Krainie Śniegu – Loppa 2014 (relacja z wyprawy trwającej od 26 kwietnia do 8 maja 2014 r.)



Wstęp

Już nie mogę się doczekać soboty 26 kwietnia. Rok temu Piotr nieśmiało zaproponował wyjazd do Norwegii na dorsze. Pomysł się spodobał. Okazało się, że nie ma problemu z zebraniem załogi. Chętnych nie brakowało. Jako pomysłodawca i doświadczony norweski łowca, rozesłał wici i na zasadzie kto pierwszy ten lepszy zgłosiłem się razem z Darkiem. Wszak ile można wyciągać nasze bałtyckie bolki? Nie żebym miał coś przeciwko nim – ale poczuliśmy już smak wielkiej przygody.
Od sierpnia trwało gromadzenie sprzętu. Wiecie jak to jest – a co ja właściwie mam tam zabrać? Jakie wędki, jakie kołowrotki, przydadzą się jakieś przywieszki? Na co się łapie halibuty? Na szczęście Piotr służył dobrą radą i doświadczeniem. On był w tej lepszej sytuacji, gdyż jego sprzęt z dwóch wcześniejszych wypraw wymagał jedynie drobnych uzupełnień. Ale i tak musiał się pogimnastykować – miał zadanie zorganizować zestaw startowy dla Mirka i Kaia. To nasi muszkarze. Niedaleko naszego domku w Sor Tverrfjord przepływa potok, w którym żyją palie. Nie samymi paliami człowiek jednak żyje, więc i oni potrzebują jakiś masywniejszy sprzęt na dorsze i czarniaki.
W lutym zorganizowaliśmy spotkanie organizacyjne. Okazało się, że właściwie wszystko już ustalone. Wcześniej każdy zajął się przydzielonym zadaniem – bilety na prom zarezerwowane, pobyt opłacony, postój w Lulei załatwiony. Pozostało jedynie wypić jakieś piwko pod te wszystkie ryby, jakie zamierzamy złapać. Z tego względu następnego dnia miałem dzień kuchni japońskiej – dominowało sushi.
Tak mijał czas do marca. W kwietniu każdy już właściwie dysponował wszystkimi przydatnymi gadżetami. Pora załatwić jeszcze karty ubezpieczenia zdrowotnego w NFZ, spakować wszystkie te skarby i… czekać. Co my tu jeszcze robimy? Jedźmy wreszcie!
No tak, żarcie. Każdy ma przygotować jeden obiad. Robię dobre gołąbki, ale ktoś mnie ubiegł. Pomyślałem, że może w takim razie pierogi. Chłopaki zaczęli jednak kręcić nosami, że za mało mięsa i że w ogóle pierogi są do bani. Jak tak, to będą klopsy w sosie koperkowym. Poza tym odwiedziliśmy pobliski market szykując zapasy jak na wojnę – ryż, kasza, makaron, olej, mąka i takie tam. W końcu osiem osób przez 12 dni musi coś jeść. Był oczywiście pomysł, żeby jeść wyłącznie ryby, które złapiemy. Ale co by się stało, gdyby sztorm trwał przez cały nasz pobyt? Już widzę te nagłówki w miejscowej prasie – „Obóz kanibali napadł na miejscową społeczność”, „Makabryczna wyprawa polskich wędkarzy” itp.
Ostatnia prognoza wskazuje, że największym zagrożeniem wyprawy może być pogoda. Nadejdzie niż, za nim ze dwa fronty atmosferyczne i sztorm może potrwać z tydzień. Dobrze, że sprzyjać nam będzie ukształtowanie terenu – wejścia do fiordu bronią wyspy Maroya i Silda. Pocieszam się tym, bo dzięki temu jest cień szansy, że przy paskudnej pogodzie można będzie gdziekolwiek wypłynąć.
Kompletując sprzęt na wyjazd nabyłem to i owo. Mam więc mocną wędkę Penna typu interline – to na halibuty (50 lbs). Piotr polecił z kolei wędkę od spro z ciężarem wyrzutowym do 450 gr. A poza tym coś smuklejszego – kijaszki, z których korzystam na Bałtyku. Na zakończenie – mój szczupakowy spinning. Szczupłych co prawda nie spodziewam się tam spotkać, ale sami wiecie – trzeba być przygotowanym na wszystko?. Pewną ekstrawagancją jest multik z licznikiem wysnutej linki. Liczę, że się sprawdzi. Po powrocie będę go wykorzystywał do trollingu w wodach Zatoki Gdańskiej. Mam zamiar kiedyś się za to zabrać. Do tego trochę większych pilkerów, kilka przywieszek na grubego zwierza, coś na karmazyny, zestawy na halibuta, trochę dużych gum – z uzbrojeniem i bez, główki jiggowe, haki, kotwice, kółka, krętliki, agrafki i mnóstwo innego dobra. Mam też materiał do robienia własnych przyponów – na wypadek gdyby kupne nie zdały egzaminu.
Po zebraniu tego wszystkiego w jednym miejscu sam się przeraziłem. Jak ja to zapakuję? A gdzie się zmieszczą ciuchy? Pod tym względem muszę nad sobą solidnie popracować.
Na szczęście jedziemy z Polski dwoma autami – połowa składu vw sharanem, Darek i ja – loganem kombi. Daćka pieszczotliwie zwana przez Darka brzydactwem jest nadspodziewanie pojemna. Wyruszamy z Bydgoszczy, przez Sassnitz, promem do Trelleborga. Stamtąd już blisko do Landskrony. Zostawiamy dacię i razem z Mirkiem i Kaiem dalszą podróż odbędziemy alhambrą. Bycie muszkarzem jest fajne – nie wiedzą co to góry sprzętu. Wystarczy kilka rzeczy i już jest zabawa.
Kolejny odcinek to około 1500 km z Landskrony do Lulei. Zostanie nam jeszcze 700 km do Oksfjordu. Wsiadamy na prom i dwie godziny później jesteśmy na miejscu. Proste, nie? Za to droga powrotna będzie wyzwaniem – 2800 km ciurkiem. Wujek Google podaje, że zajmie to jakieś 36 godzin. Damy radę. W końcu nie możemy pozwolić by ryby się rozmroziły!
Rozważać też można było pozostałe warianty z przeprawą promową do Szwecji (Świnoujście/Ystad, Gdynia/Karslkrona, Gdańsk/Nynashamn). To ostatnie jest najwygodniejsze – najkrócej na kołach, a podczas dłuższego rejsu można wypocząć. Alternatywę stanowią trasa przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię, a także najdłuższa trasa wiodąca wyłącznie lądem wokół Sankt Petersburga. Ale jak na razie najtaniej można się przeprawić właśnie z Sassnitz. Poza tym w Landskronie przesiadamy się do samochodu Mirka.
Dzień przed wyjazdem trwają ostatnie przygotowania. Samo pakowanie to przy tym pikuś – trzeba dopiąć wszystko w pracy, kupić pieczywo, warzywa. Pozostaje też zatankować, wrzucić graty na pakę i wio!


Dzień pierwszy

Zgodnie z planem wyruszamy o 8.45. Przepastny bagażnik Daćki wzbudza uznanie. Jako pierwszy siadam za kierownicą. Bez pośpiechu łykamy kolejne kilometry. Dzięki CB odnajdujemy na trasie ekipę z drugiego auta. Zatrzymali się na leśnym parkingu na krótki popas. Mając nieco wolniejszy samochód postanawiamy jechać dalej – i tak nas dogonią. Jeszcze tylko ostatnie tankowanie po polskiej stronie i wjeżdżamy do Niemiec. Jazda autostradą jest wyraźnie przyjemniejsza. Do przodu jest ok, ale zakręty (brak wspomagania), a zwłaszcza wyprzedzanie trzeba dobrze planować. Dobry humor psuje niespodziewanie wiadomość z przeprawy promowej. Okazuje się, że coś nie tak jest z naszą rezerwacją. Helga z okienka uprzejmie acz stanowczo nie wpuszcza nas za szlaban. Musimy kupić bilet. Przez cały weekend wszystko podobno zarezerwowane. Pozostaje jedynie liczyć na czyjegoś pecha. Na szczęście są jeszcze wolne miejsca.
Przeprawa trwa około 4 godzin. Przed 22.00 lądujemy u Mirka. W dobrych humorach udajemy się na spoczynek.


Dzień drugi

W niedzielny poranek zabieramy się za przepakowanie gratów z Daćki. Robota sprawnie idzie. Sporą część bagażnika samochodu zajmuje skonstruowana przez niego skrzynia ze styrofoamu. Przyda się do transportu filetów. Na razie lądują w niej wszelkie artykuły spożywcze i luźne drobiazgi. Oba auta i tak są zapakowane po sam dach. Najwygodniej mają kierowca i pasażer po jego prawej. Chętnych na te miejsca więc nie brakuje. Po obiedzie (podwójna pizza extra large) ruszamy na północ. Czeka na całonocna trasa do Lulea. Droga do Sztokholmu wiedzie przez malownicze nizinne tereny rolnicze Skanii. Niepostrzeżenie pola uprawne ustępują lasom. Po drodze mijamy jezioro Wetter – drugie co wielkości w Szwecji sięga 128 m głębokości. Ledwo widać drugi brzeg. Jedno z tych jezior, które nie wymagają w Szwecji wykupienia licencji na wędkowanie.
W dobrych humorach mijamy Sztokholm. Wraz ze zmrokiem czuć, że jest chłodniej. Niestety, z nadejściem poranka to uczucie będzie już nam stale towarzyszyć. Wiosna w pełnym rozkwicie została na południu. W nocy dojeżdżamy do Sundsvall. Wygodna autostrada ustąpiła nieco węższej drodze. Część ekipy śpi w najlepsze. Znowu mam dyżur za kółkiem. To taka moja godzina duchów – bez snu moje zapasy energii topnieją w oczach. Szkoda, że w wyposażeniu dodatkowym samochodu nie ma autopilota! Wkrótce jednak zmienia mnie Mirek. I tak nie mogę zasnąć. Pozostaje mi jedynie podziwiać widoki. Już o tej porze roku na tej szerokości geograficznej ciemności nie trwają zbyt długo. W pobłyskującej tafli Zatoki Botnickiej odbijają się skaliste wzgórza porośnięte ciemnym lasem świerkowym. Magiczny widok!


Dzień trzeci

Około 7.30 docieramy na camping w Lulea. Od naszych domków na brzeg morza jest jakieś 30 m. Po cichu chyba każdy marzył by po odespaniu pospinningować w wodach Zatoki. Woda tu jest najmniej zasolona w całym Bałtyku. Nie dziwią więc ryby słodkowodne. Fajnie byłoby wytargać jakiegoś szczupca!
Pomimo masy sprzętu nie byliśmy jednak należycie przygotowani. Wodę skuwała gruba warstwa lodu. Z wędkowania zatem nici. Do 17.00 powinniśmy zwolnić domki – mamy więc sporo czasu by odespać przebytą podróż i nabrać sił przed dalszą drogą. Szybki prysznic i smaczny posiłek podnoszą morale. Ruszamy więc w dalszą drogę. Czeka nas przeprawa przez Laponię.
To ciekawe miejsce. Drzewa stają się coraz niższe. Dominują brzozy i niewielkie sosny. Oprócz łosi łatwo spotkać renifery. Trzeba uważać, bo droga staje się wąska. Wije się malowniczo pośród wzgórz polodowcowych. Wspomniane zwierzęta pasą się na poboczach. Nie boją się aut. Jednocześnie nie tak łatwo je wypatrzyć – zlewają się z otoczeniem, a zapadający zmierzch nie ułatwia zadania. W pobliskim młodniaku pożywia się jeden łoś. Aż skóra cierpnie jak pomyślę, jakie mogą być skutki kolizji z takim zwierzęciem – dwa metry w kłębie i 400-600 kg. Najcięższy miał podobno ponad 800 kg. Potęga na czterech kopytach. Ma też słaby wzrok. Nie wydaje się także zbyt płochliwy. W sumie – niebezpieczna mieszanka.
Mijamy kolejne miasteczka. Przypominają nieco Cicely z Przystanku Alaska. W każdym obowiązkowo jakiś tartak, szerokie ulice, niska drewniana zabudowa i brak ludzi. Skojarzenia same się nasuwają?. Ciekawe jak smakuje burger z renifera?
Przy drodze piętrzą się coraz większe zaspy śniegu. Koło podbiegunowe północne już daleko za nami. Zima w pełni. Wpierw zaczyna padać deszcz, przechodzący następnie w deszcz ze śniegiem, śnieg z deszczem, aż wreszcie – śnieg. Za oknem monotonne łagodne wzgórza ustępują nagle ponurym skałom. Wzdłuż drogi wije się potok. Niemal pionowe ściany wąwozu robią niesamowite wrażenie. Górski krajobraz wkrótce łagodnieje. Pojawia się więcej domostw. Wreszcie drzewa odzyskują normalne rozmiary, a wszystko za sprawą odległego Golfstromu. Zimą na wybrzeżu temperatura jest podobna do tej w Polsce. Jednak już po drugiej stronie Gór Skandynawskich mrozy regularnie przekraczają minus 30oC. Brr!


Dzień czwarty

Dobrze po północy dojeżdżamy do Alta. Tankujemy i śmigamy do Oksfjordu. Ostatnie 120 km pokonujemy wąskimi drogami. Po drodze przejeżdżamy przez kilkukilometrowy tunel. Nie brakuje ich w całej Norwegii. Nagle w wodach fiordu pojawiają się tajemnicze kształty. To delfiny. Zawsze mi się kojarzyły z ciepłymi morzami. Próbuję je uchwycić okiem kamery. Niestety słabe oświetlenie i brak statywu robią swoje. Kino wyłącznie dla wyrozumiałych, ale widać jakieś płetwy więc jestem zadowolony.
Około 3.00 nad ranem docieramy na przystań promową. Wschód słońca pozwala cieszyć się wspaniałymi widokami. Kilka domków przyklejonych na małym skrawku płaskiego lądu u stóp piętrzących się nieopodal gór. Coraz silniejszy wiatr przegania na chwilę chmury i nieśmiało wyziera słońce oświetlając jeden ze szczytów na przeciwległym brzegu fiordu.
Prom odpływa o 11.00. Mamy więc sporo czasu. Chłopaki postanawiają obmacać nabrzeże w porcie lekkimi jigami. Chciałem pospać ale kręgosłup odmawia mi posłuszeństwa. Czas rozprostować nogi. Uzbrojony w kamerę postanawiam sfilmować to i owo. Uchwyciłem jak Piotr łapie małego dorszyka, potem wyciąga czarniaka. Mały, ale łowi od kwadransa i już ma 2 sztuki. Chwilę później Andrzej wyciąga czarniaka około 45 cm. Ten ma pecha i trafi na patelnię. Widząc te cuda wracam prędko do auta po swój kijek. Tymczasem chłopaki złapali jeszcze kilka wymiarowych czarniaków. W poczekalni są warunki do przyrządzenia ciepłego posiłku. Darek i ja szybkim krokiem zmierzamy za to do portu. Po kilku rzutach każdy melduje kontakt z rybą. W godzinę obaj mamy po kilka >50 cm czarniaków. Na szczupakowym kijku chodzą jak marzenie. Wiedziałem, że się przyda. Poczułem też przedsmak wielkiej wędkarskiej przygody!

Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dołączona grafika


Widząc nadpływający prom porzucamy łowisko i wracamy do samochodów. Norwegom się jakoś nie spieszy – wydaje nam się, że załadunek trwa wieki. Samochodów wielu jednak nie ma i wkrótce odbijamy. Krajobrazy za oknem zmieniają się powoli. Z morza wzbijają ośnieżone szczyty. Po dwóch godzinach dobijamy wreszcie do Sor Tverrfjordu. U podnóża majestatycznej góry znalazło się miejsce dla kilku domostw, jednego skrzyżowania, przystani, sklepu, stacji benzynowej, budynów przetwórni rybnej. Przez tydzień to będzie nasza baza.

Dołączona grafika

Dom jest stosunkowo niewielki, ale bardzo funkcjonalny. Z okien rozpościera się widok na fiord. Szybko się rozpakowujemy. Do przystani mamy przysłowiowy rzut kamieniem więc idziemy obejrzeć nasze łódki. Solidne metalowe poszycie, około 6 m długości i 60-konny silnik Yamahy dobrze wróżą.

Dołączona grafika

Łodzie są zatankowane pora zatem ruszyć na łowisko. Część ekipy była już tu wcześniej. Łatwo namierzamy więc stare miejscówki. Łodzie są wprawdzie wyposażone w echosondy z ploterem map, jednak samo działanie sondy pozostawia nieco do życzenia. Zapisy są bardzo niedokładne. Szybko okazuje się, że mamy brania w miejscach, w których nie było żadnych odczytów. Za to mapy zasługują na uznanie. Wziąłem ze sobą własną echosondę. Wysokie burty łodzi uniemożliwiają jednak montaż standardowego uchwytu. Trudno. Na szczęście w kastach lądują zgrabne dorsze. Pogoda wprawdzie uniemożliwia wypłynięcie z fiordu, wielkiej szkody jednak nie ma. Łapiemy dorsze, wpadają brosmy. Pojawia się też pierwszy zębacz. Trochę czytałem na temat ryb występujących w Norwegii, przeglądałem filmy na Youtubie i mogę potwierdzić, że faktycznie to brzydal jakich mało! Niestety spina mi się przy samej burcie.
Dzisiejszy wynik nie oszałamia, ale w dobrych nastrojach wracamy do bazy. W dawnej przetwórni jest stanowisko do sprawiania ryb. Ostatnio babrałem się w rybich flakach we wrześniu na szczupakach w Szwecji. Nigdy nie przepadałem za tą częścią wędkarskiego rzemiosła, trzeba się więc było szybko szkolić. Dobrze po północy jemy kolację i zmęczeni udajemy się na spoczynek.


Dzień piąty

Pogoda nas nie rozpieszcza. Spadł śnieg, zrobiło się chłodniej. Morze nadal nie umożliwia wygodnego wędkowania. Ponownie udajemy się więc w głąb fiordu. Pogoda szybko się zmienia i nagle zaczyna się zamieć. Na szczęście mam gogle narciarskie. Tylko nos mi wystaje. Mądrość ludowa głosi, że na rybach nigdy nie jest zbyt zimno – najwyżej wędkarz jest źle ubrany.

Dołączona grafika

Wędkarsko nadal bez rewelacji. W porównaniu jednak z tym co znamy z Bałtyku i tak jest bogato. Trafiam wreszcie swego zębacza. Wydaje się całkiem spory. Hol z ponad 80 m chwilę zajął. Teraz tylko trzeba go ostrożnie zdjąć z kotwicy pilkera. Potężne zęby budzą respekt. Służą do rozłupywania skorupiaków i jeżowców. Ma około 1 m – idealnie mieści się w kaście. Pojemnik zaczyna zapełniać się kolejnymi rybami. Cenimy smaczne dorsze, wypuszczamy natomiast brosmy. Dzielnie walczą i dostarczają sporo radości podczas holu, jednak ich skórę pokrywają niezbyt estetyczne parchy i bąble. Niestety, ryby te źle znoszą gwałtowną dekompresję i wkrótce stają się łupem mew.
Wiatr i śnieg zacinający w twarz wysysają siły. Chwilę wytchnienia przynoszą okresy przejaśnień. Widoczność sięga wtedy kilkuset metrów. Decydujemy się spłynąć do bazy na gorący posiłek. Po jedzeniu morale zdecydowanie wzrasta więc wracamy na łowisko. Jak mówi stare przysłowie pszczół – dorsz do dorsza i będą dwa dorsze. Wieczorem czeka nas sporo filetowania. Każda łódź ma przydzieloną wielką zamrażarkę. Czy uda się je zapełnić?


Dzień szósty

Tracę powoli rachubę czasu. Codzienny rytm wyznaczają wspólne posiłki. Apetyt mi naprawdę dopisuje. Dobrze, że nasze łodzie mają naprawdę sporą wyporność.
Świeży śnieg zalega na ganku. Jest dość pochmurno. Mimo to jest szansa, że dziś będą przejaśnienia. Faktycznie wkrótce poranek rozjaśniają pierwsze promienie słońca.
Wypływamy obiema łodziami licząc na brania samych wymarzonych ryb. Nie mija kilka minut i na wędce Mirka melduje się pierwszy okaz. Na naszej łodzi też coś wyciągamy. W tym czasie wiatr przegania ostatnie ciemne chmury i nagle świat pięknieje. Czułem się w obowiązku uwiecznić tę chwilę. Przeczucie podpowiadało mi, że dziś będzie TEN dzień. Padnie jakaś rekordowa sztuka. Będą zdjęcia, kamery, wywiady… Ups! Troszkę się rozpędziłem. I stotnie, obławiając płaski blat na 60 m wędka Jacka wygięła się w pałąk. Chłopak stęknął i jasnym się stało, że jakiś klamot uwiesił się pilkera. Ryba zaczęła gwałtownie dołować. Widać, że ciężko było oderwać ją od dna. Kij trzeszczał, hamulec kołowrotka czekała ciężka praca. Ryba ostro walczyła. Co chwilę ściągała dopiero co zwiniętą plecionkę. Wreszcie Jacek zawyrokował – to chyba halibut. Ryba zaczynała swe charakterystyczne odjazdy. Walka trwała w najlepsze. Uznałem, że to najlepszy moment by uwiecznić wiekopomną chwilę. Darek stał z osęką gotowy do działania, a ja gorączkowo wyciągałem zgrabiałymi z zimna palcami aparat fotograficzny. Na szczęście zdążyłem. Zacięta za pysk ryba wyszczerzyła zęby i wkrótce wylądowała na pokładzie.

Dołączona grafika

Istotnie to był halibut. Po zważeniu okazało się, że ma 17 kg. Na moje oko liczył jakieś 120 cm. W całym tym zamieszaniu nikt nie mierzył zdobyczy!
Tego dnia szczęście nam dopisywało. Każdy wytaśtał po kilka ładnych dorszy. Najładniejszego Darek – po zważeniu okazało się, że ma 11 kg. Ogólnie cały wyjazd nie obfitował w jakieś nadzwyczajne okazy. Ryb było dużo, większość w przedziale od 5 do 8 kg, ale rekordów nie było nam dane pobić. Okazało się, że niektóre dorsze mają jeszcze ikrę! Czarniaków niemal nie uświadczyliśmy. Te, które udało się złapać mierzyły w porywach do 45-50 cm. Na nie było zdecydowanie jeszcze za wcześnie. Mimo to do zamrażarek codziennie trafiała kolejna porcja filetów. Wkrótce doszedłem do jako takiej wprawy w sprawianiu ryb. Ale i tak lądowaliśmy w domku po 22.00. Kolacja, gorący prysznic i do wyrka…

Dzień siódmy i ósmy

Kolejny dzionek znowu nie rozpieszczał pogodą. Wiało, dmuchało, padało – generalnie gnój z widłami z nieba leciał. Jako urodzeni twardziele daliśmy jednak radę niepogodzie. Upór i wytrwałość zostały rychło nagrodzone. Nazajutrz pogoda zmieniła się diametralnie – wyjrzało słońce. Wreszcie mogłem pstryknąć parę fotek i zrobić kamerą kilka ujęć kolegów w trakcie wyciągania co ładniejszych sztuk.
Tego dnia padł chyba rekord w ilości wyciągniętych brosm. Mewy miały używanie! Odnaleźliśmy wreszcie dobre miejscówki więc kasty szybko się zapełniały. W pewnym momencie trzeba było przystąpić do operacji Krwawa Jatka – szybkie patroszenie i zyskaliśmy dodatkowe miejsce. Za to na pokładzie zrobiło się paskudnie. Na szczęście nie jestem zbyt wrażliwy. Przyszło mi za to jednak zapłacić ostatniego dnia podczas klarowania łodzi. Zaschnięta krew zeszła dopiero w kontakcie z octem i szczotką ryżową?.
Na drugiej łodzi chłopaki przyjęli inną taktykę – próbując trollingu polowali na halibuta. Efektem był jeden trafiony przez Andrzeja. Piotrek też miał kontakt, niestety mógł jedynie obejść się smakiem. Tuż pod powierzchnią zgrabny hali mu się zerwał, łypnął okiem, machnął płetwą i odpłynął.

Dołączona grafika

Na naszej łodzi dominowało za to parcie na wynik ilościowy – zgodnie uznaliśmy, że interesuje nas by złapać króliczka, a nie jedynie by go gonić. Po kolacji, wspólnie z Darkiem, Andrzejem i Piotrem wybraliśmy się na wody wokół Maroyi. Zbliżała się 22.00 i w wąskich cieśninach wokół wyspy woda zaczęła się pienić – zaczynał się odpływ. Każdy zaliczył kontakt z rybą. Darek zaczął znowu wyciągać kolejne brosmy. Popłynęliśmy w kierunku pobliskiej farmy rybnej – tam powinno być łatwiej o zdobycz. Silne pływy i liczne zaczepy skłoniły nas jednak do zmiany miejscówki. Brak wyraźnych efektów i późna pora zmusiły nas wkrótce do odwrotu. Noc jako taka właściwie nie zapadała. Wprawdzie słońce chowało się za widnokręgiem, jednak nadal było widno zaś otaczające fiord góry rozjaśniał pokrywający je śnieg.
Jedyną sztukę zabraną z łowiska przeznaczyliśmy na bieżące spożycie. Koło przetwórni odkrywamy, że przybyli niedawno wędkarze z Rosji i Łotwy pozostałości po patroszeniu ryb wyrzucają bezpośrednio z pomostu. Naszej właścicielce się to na pewno nie spodoba. Przezroczysta warstwa wody nie jest w stanie ukryć rozmiarów tego procederu. Trup słał się gęsto! Zauważyliśmy, że do wiader z solanką trafiają chyba wszystkie, niezależnie od wymiarów, wyjęte przez nich ryby, w tym zwłaszcza brosmy, plamiaki i czarniaki. Obie ekipy dysponowały większymi łodziami z zadaszoną kabiną. Co dzień udawali się na dalej położone miejscówki. Zauważyliśmy, że wyciągnęli też całkiem sporo naprawdę ładnych dorszy. Widać, że na otwartym morzu łatwiej o większe sztuki. Niestety, te były poza naszym zasięgiem…

Dzień dziewiąty
Bałagan pozostawiony przez naszych kolegów ze Wschodu miał jedną zaletę – resztki zwabiły w to miejsce rozgwiazdy. W naszej łazience wkrótce zapełniło się od pociesznych małych gości. Dzieciaki się ucieszą!
Ten dzień zaczęliśmy leniwie – zaplanowaliśmy wypad obiema łodziami na płycizny wokół wyspy Silda. Własnoręcznie zmontowaliśmy supermocne przypony stalowe na halibuty, szybki przegląd ekwipunku, tankowanie zbiorników i ruszamy. Świeci wspaniałe słońce – zupełnie jakby Loppa chciała zrekompensować nam wcześniejszą niepogodę.

Dołączona grafika

Płyniemy około godziny. Wreszcie pełni nadziei wyciągamy wędki. Łodzie nie posiadają wind trollingowych. Nie pozostaje nam nic innego jak tradycyjna dorożka. Nie mija parę minut i Andrzej wyciąga pierwszego dorsza. Z Jackiem i Darkiem eksperymentujemy zakładając coraz to inne przynęty. Każdy ma chyba swojego kilera – tajną broń. Niestety bez sukcesów. Według zapewnień Piotra podczas obu wcześniejszych wypraw w tym rejonie padały ładne halibuty. Trudno nam jakoś w to uwierzyć. Po 4 godzinach bez kontaktu z jakąkolwiek rybą odpuszczamy. Postanowiliśmy wrócić na naszą dorszową miejscówkę. Jakieś fatum jednak nad nami zawisło i poza brosmami niczym szczególnym nie mogliśmy się tego dnia pochwalić. Bez większego smutku spłynęliśmy do bazy. W końcu kasty były już pełne, a ręce bolały od wyciągniętych ryb! Wieści z drugiej łodzi były nieco bardziej optymistyczne – padło kilka dorszy, a Andrzej wyciągnął jakieś malutkie halibuty (poniżej 5 kg).

Dzień dziesiąty

Mając przed sobą wizję długiej podróży powrotnej postanowiłem wykorzystać ostatni dzień na leniuchowanie. Postanowiłem spakować ekwipunek, przesmarować kołowrotki, zmyć sól z wędek. Zabrałem się też za klarowanie naszej Krwawej Mary. Jak wcześniej wspominałem, usuwanie krwi zaschniętej na pokładzie z ryflowanej blachy było naprawdę uciążliwe. Zapas octu zabranego z kraju wreszcie się przydał. Połowa składu wybrała się jednak na połów. Wrócili na obiad w niezłych humorach. Reszta zażywała relaksu przy kawce.
Popołudnie minęło nam za to pod znakiem wielkiego sprzątania i pakowania. Nie muszę chyba wspominać co się dzieje, gdy osiem osób w tym samym czasie musi się znaleźć w dwóch miejscach na raz, taszcząc przy tym torby, skrzynie, tuby i resztę majdanu! Samochody wydały się jakieś takie małe. Jak my zmieścimy urobek w postaci góry filetów?!
A jeszcze trzeba sprzątnąć cały dom, tak by rankiem wystarczyło jedynie przetrzeć korytarzyk i zatrzasnąć drzwi. Każdy wziął się do roboty i wkrótce było widać pierwsze efekty. Właścicielka domku odebrała łodzie nie czyniąc zastrzeżeń. Postanowiła nam też zaufać i pomimo ogólnego rozgardiaszu zwróciła także kaucję za dom. Widocznie nie uśmiechało jej się wstawać o piątej by zdążyć przed naszym odjazdem. W tej sytuacji nie mogliśmy zawieść jej zaufania i wieczorem było już całkiem znośnie.

Dołączona grafika


Dzień jedenasty

Dziś wyjeżdżamy. Pobudka o 4.00. Prysznic, mała kawa i czas zagęszczać ruchy. Znosimy ostatnie bambetle i jedziemy do przetwórni po ryby. Okazuje się, że w naszym seacie zamarzł ręczny. Auto stoi jak wryte. Hmm, nieźle się zaczyna… W końcu udaje się ruszyć je z miejsca. Jakimś cudem upychamy kasty z rybami w autach i jedziemy na przystań. Prom już czeka. Po drodze szybkie tankowanie i wjeżdżamy na prom do Oksfjordu. Po dwóch godzinach pierwszy etap już za nami. Z promu schodzą dzieci udające się do szkoły – bus już czeka. Jeszcze 120 km i będą w szkole. Lekko licząc pobudka o 5.00, dwie godziny na promie, dwie w busie i siedzą już w ławce. Nie zazdroszczę, naprawdę. A ja stękałem, że całe życie miałem do szkoły pod górkę!
W Alta uzupełniamy zapas paliwa pod korek i uzgadniamy, że zaryzykujemy przewiezienie ładunku. Może się uda?!
Z coraz większym niepokojem zbliżamy się do granicy. Słowo się rzekło – na pewniaka ładujemy się na zielony pas. Nagle zapala się czerwone i z budki wychodzi celnik. Mirek zagaduje po szwedzku – oba języki są ponoć bardzo do siebie podobne. Pobożne życzenia nie zadziałały i musimy zjechać na bok. Zaczyna się spektakl pod tytułem kontrola celna, którego dawno nikt z nas nie uświadczył. Pamiętam jak w 1997 r. przekraczając granicę fińsko-norweską po prostu przejechaliśmy białą linię. Za całą infrastrukturę wystarczały dwa maszty z flagami obu państw. Żadnych celników, zawracania głowy. Człowiek szybko się przyzwyczaja do dobrego. Dlatego takim szokiem było to, co nas teraz spotkało.
Gość z miłym uśmiechem zważył nam wszystkie ryby, podzielił przez liczbę pasażerów każdego samochodu i po stwierdzeniu, że przekraczamy dozwolony 15 kg limit, oznajmił, że konfiskuje nadwyżkę. Wisienką na torcie była wizja sporego mandatu.
Życie to niejebajka, tojebitwa. Wystawianie mandatu trwało 3,5 godz. Lżejsi o parę tysięcy koron i górę filetów jedziemy dalej. Humory wyraźnie się spieprzyły. Nikomu nie jest do śmiechu, jednak liczyliśmy się z tym. Plusem będzie na pewno mniejsze zużycie paliwa, mamy też więcej miejsca w aucie.
Po czasie nachodzi mnie refleksja – Norwegia to dziwny kraj. Mają się czym pochwalić, potrafią przyciągnąć turystów, ale z zachęceniem ich do powrotu wyjątkowo im nie poszło. Dopuszczalny limit można przy odpowiedniej dozie szczęścia przekroczyć zaledwie jedną/dwiema wyciągniętymi rybami. Uważam, że niecelowa jest trwająca dwa dni podróż w jedną stronę, by w niespełna jeden dzień wyrobić limit. Jaki jest sens łowić ryby by następnie wyrzucić je za burtę, gdzie padną łupem skrzydlatych rozbójników? Jeszcze nie widziałem dorsza, który jest w stanie przeżyć hol z głębokości kilkudziesięciu metrów. Alternatywa dla etycznego wędkarza – przestać łowić. A tu proszę – zabrane ryby trafiają do utylizacji. Sensu w tym nie ma żadnego. Czego się jednak spodziewać po kraju, który zabójcę 72 osób właśnie wypuścił na pierwszą przepustkę!
Zżymam się, ale kiedyś mi przejdzie. Na razie jednak ostrzegam wszystkich, którzy się wybierają na ryby do krainy fiordów, by dobrze się zastanowili, zanim zdecydują się przekraczać granicę z więcej niż dozwoloną ilością ryb. Kary są dotkliwe, a konfiskata potrafi złamać najtwardszych. Jak pomyślę o godzinach spędzonych na filetowaniu… Żal dupę ściska. No cóż, byliśmy chciwi i pazerni i mamy za swoje.
Następną wyprawę odbędziemy w jakieś mniej stresujące rejony.
Tymczasem na koła nawijamy kolejne kilometry. Na poboczach pasą się pojedyncze renifery. Umaszczenie tych zwierząt zlewa się z otoczeniem. Nie są płochliwe, zachodzi więc niebezpieczeństwo, że któryś wylezie wprost pod koła. Ostrzegamy przez CB załogę w drugim aucie. Ostatnie czego nam trzeba, to potrącić takiego zwierzaka.
Nie mamy nigdzie zaplanowanego miejsca na dłuższy odpoczynek. Jeszcze w Finlandii robimy zakupy w markecie – świeże pieczywo, kilka drobiazgów, plastikowe sztućce. Posilamy się niemal w locie na parkingu koło sklepu i ruszamy dalej. Kolejne osoby zmieniają się za kółkiem. Jazda staje się monotonna i nużąca. Znowu mój dyżur wypada w nocy. Daję radę do około drugiej w nocy. Andrzej jedzie przede mną. Widzę, że zaczyna myszkować po drodze. Wywołany przez radio z ulgą przyjmuje propozycję krótkiego postoju. Parę łyków napoju energetycznego daje krótkotrwałe poczucie rześkości. Potem znowu powieki stają się ciężkie. Przed piątą zmienia mnie Mirek. Wskakuję to tyłu i z ulgą zamykam oczy.


Dzień dwunasty/trzynasty

Rankiem przejeżdżamy przez Sztokholm. Akurat zaczyna się poranny szczyt – wszyscy jadą do pracy. Szwedzi jeżdżą ostrożnie, ale czasami wyjątkowo bezmyślnie. Potrafią bez wcześniejszej sygnalizacji wskoczyć dosłownie przed twój zderzak by następnie w ślimaczym tempie wyprzedzić jakąś ciężarówkę. Poza tym nie spotykamy się z żadnymi drogowymi ekscesami. Może dlatego mają tak mało poważnych wypadków?
Do Landskrony mamy jeszcze spory kawałek. Według nawigacji powinniśmy zdążyć na popołudniowy prom. Pod domem Mirka przepakowujemy znowu auta. Jest jeszcze czas na prysznic i herbatkę. W końcu nadeszła pora pożegnań. Co ja mówię! Przecież jeszcze się zobaczymy! Wyściskaliśmy serdecznie naszych Szwedów i ruszyliśmy do Trelleborga.
Rejs promem minął w mgnieniu oka. Przymknąłem oko na jakieś piętnaście minut – sił powinno starczyć do samej Bydgoszczy. Schodzimy na ląd już wieczorem – za oknem panują prawdziwe ciemności. Na drodze pustki, snujemy więc plany kolejnych wędkarskich wypraw. Może kiedyś uda się je zrealizować?!
Jak to mówią – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Pokonujemy ostatnie kilometry goniąc resztkami sił. Wczesnym rankiem 12 maja wchodzę do mieszkania. Jest dopiero 4.55, staram się więc nie hałasować. Dzieciaki idą na 8.00 do szkoły. Żona jeszcze śpi. Rany, jak ja się za nimi stęskniłem!


Podsumowanie

Bilans całej eskapady wypadł pozytywnie. Miłe towarzystwo, wspaniałe okoliczności przyrody, bogactwo ryb. Straty – złamana szczytówka Jackowej wędki, złamana pszczółka Darka (morska Daiwa Megaforce), kilka pilkerów, parę metrów plecionki zerwanej na zaczepie. Da się przeżyć.
Jest też nauczka – kombinatorstwo nie popłaca. Żałować mogą jedynie nasi muszkarze – koszt licencji na łapanie w rzeczce odstręczył nawet Szwedów. Rzucili jedynie wzrokiem na wodę i sobie odpuścili. Z racji zimy wąskim korytem spływało niewiele wody. Może z nadejściem roztopów rzeczka zyska więcej wigoru? Może wtedy też pojawią się jakieś ryby? Mimo wytężania wzroku tych jakoś nie widać…
Teraz już nie pozostaje nic innego jak tylko odespać męczącą podróż powrotną i opowiedzieć wszystkim, czy tego chcą, czy nie, o swoich przygodach, hehehehe

Więcej zdjęć w naszej galerii


0 Komentarze

Ostatnio w galerii