Skocz do zawartości


Zobacz pozostałą treść



Aktualizacje statusu

Wyświetl wszystkie aktualizacje


Ostatnie tematy na forum

Hitra 2018

Relacje z wypadów zagranicznych 05 lis 2018
Wyspa Hitra Baza Dolmsundet Marina Termin 22-28 września 2018   Byłem już w tym ośrodku 2 lata temu. Też we wrześniu. Tym razem wiatr niemal w całości uniemożliwił wędkowanie. Tylko jednego dnia wiało poniżej 8 m/s, co pozwalało na bezpieczne szukanie ryb. Dało się wyjść na otwartą wodę tylk...
Pełny temat ›

Wyjazdy grupowe?

Relacje z wypadów zagranicznych 02 lis 2018
Mam pytanie do kolegów którzy uczestniczyli w wyjazdach organizowanych przez biura EVENTUR FISHIN i GRZYBEK-HITRA.,, Jak jest''? i nie pytam o ryby
Pełny temat ›

Kupię AVET etc.

Kupię 31 paź 2018
Witam! Kupię Avet MXJ, MXL nowy lub mało używany, tylko w bdb stanie, najchętniej 2 biegowy. Koniecznie na lewą rękę! Rozważę kupno innych w podobnej klasie (np. XZ 31 PG, 51 PG), wagowo ok. 500g.  
Pełny temat ›

Sprzedam Simms

Sprzedam 17 paź 2018
Wstawiam,niektórzy Koledzy jeżdżą na trocie,może będą zainteresowani   1. Buty Simms G4 BOA rozm.46eu,12us 1000zł gratis repair kit boa.,nowe,nieużywane  2. Spiochy Simms g3 guide rozm 9-11 LL nowe,nieużywane 1700zł 3. Kamizelka Simms g3 guide vest rozm. L kolor khaki nowa nieużywana 70...
Pełny temat ›

zestaw trollingowy

Sprzęt do trolingu 13 paź 2018
Witam kolegów  zaczynam zbierac sprzęt do trollingu , toć , belona  ,, potrzebuje waszej pomocy !! pytanie mam takie .. co się sprawdza na puckiej jesli chodzi o troć ... jaki kijaszek ile c.w.  jakie blaszki .. ilu gramowe  jakie rodzaje 
Pełny temat ›

Artykuły


Jezioro Onkivesi. Finlandia 2018.

07 lip 2018 18:01 | longin w Artykuły

Finlandia 2018.


Tegoroczny wyjazd do Finlandii był moją trzecią wyprawą na fińskie łowiska. A drugi wyjazd w to samo miejsce. Jezioro Onkivesi w okolicy Siilinjarvi. Byłem jeszcze na szkierach w pobliżu Turku. Zbiornik Onkivesi jak na warunki fińskie nie należy do zbyt wielkich jezior. Powierzchnia 113,6 km2. Nie jest również najgłębsze. Średnia głębokość 3 - 4 metry. Są głęboczki sięgające 10 – 15. Największa głębia to 36 metrów.
Rybostan jest stosunkowo bogaty. Występują tu w dużej ilości okonie, niestety nie nalezą do tych największych, szczupaki, sandacze, troć jeziorowa i pstrąg tęczowy ( w znikomej ilości).
Z białorybu: leszcze i inne leszczo - podobne ( krąpie, czy rozpióry), płocie, liny i jazie. Oraz miętusy i węgorze. Dno jest urozmaicone. Są kamienisto - piaszczyste blaty. Jak również miejsca o mulistym podłożu, z dość bogatą roślinnością podwodną. Całe mnóstwo mniejszych i większych wysp. Zwężeń i wypłyceń śródjeziornych. W zachodniej części jeziora, w jednej z licznych zatok, jest tzw.”koski”. Czyli krótki odcinek rzeki, o szybkim nurcie łączący się z sąsiednim jeziorem Maaninkajarvi.
Miejsce to, jest znane pod nazwą Viannankoski. Długość tego kanału wynosi ok. 400 metrów. Ze średnim przepływem około 25m3/s. Gatunki ryb: pstrągi, troć jeziorowa, sandacz ,szczupak, okoń i inne. Limity dotyczące ryb, obowiązują w zależności od długości wędkowania. Maksymalnie można zabrać trzy łososiowate. Wymiary ochronne: troć jeziorowa 60 cm, pstrągi 60 cm, sandacz 42 cm. Pozostałe gatunki bez wymiaru ochronnego i bez limitu. W ciągu sześciu godzin połowu, można zabrać po jednej rybie z wymienionych gatunków. Metody dozwolone: spinning i sztuczna mucha. Żywa przynęta zabroniona. 6 -ć godzin połowu to koszt 12 €, 12 godzin 18 €, cały dzień 25 €.
Na jeziorze Onkivesi wszystkie metody dozwolone. Miejscowi mogą używać nawet sieci, i pułapek na raki. Wędkarze powyżej 65 roku życia i do 18 roku życia, są w Finlandii zwolnieni od opłat. Zezwolenie roczne dla wędkarzy po miedzy 18 a 64 rokiem życia w tym roku (2018 ) wynosiło 45 €. Na niektórych akwenach obowiązują jeszcze opląty właścicieli wody. Na ogół nie wielkie. Jako, że wody w Finlandii nie są bezpańskie.
Wyjeżdżamy bardzo wcześnie rano, o godzinie 4, jako że mamy do przejechania 1300 km do noclegu w Tallinie. Podróż przebiega bezkolizyjnie, nie licząc kilku spowolnień koło Rygi, ze względu na remonty dróg. Na drugi dzień rano o 7.30 przeprawiamy się promem do Helsinek. Stąd mamy tylko ok. 500 km do celu. Na miejsce przybywamy o 14. Załatwiamy sprawy kwaterunkowe. Rozpakowujemy sprzęty. Szybki posiłek, kawa i na jezioro. Plaga komarów. Na jeziorze nie gryzą. Łowimy po dwa czy trzy szczupaki kilka okoni. Jak na pierwszy krótki wypad na ryby, doskonale. W domku walczymy z komarami. Instalujemy elektryczny odstraszacz komarów. Bez tego urządzenia chyba nie sposób by było wytrzymać. Każde zbrojenie wędki na zewnątrz domku, to w głównej mierze walka z komarami. Nie pomagają żadne Offy czy Muggi. Tyle ich jest. Jedynym ratunkiem na komary jest lekki wiaterek, który właściwie wieje przez cały dzień. Na wędkowaniu upływają nam kolejne dwa dni. Raz łowimy więcej, a raz mniej ryb. Głównie to szczupaki i okonie. Niestety szczupaki nie te z największych, wszystkie w granicach 60 – 80 cm. A w tym jeziorze został złowiony mój największy szczupak miał 120 cm. Niestety pogoda zaczyna się psuć. Jest chłodno, wietrznie i pada deszcz. Czasem wręcz leje. Ale nie zważamy na to. Wtorek przeznaczamy na „koski”. Viannankoski jest w odległości 30 km od naszego domku. Jemy spóźnione śniadanie i wyjeżdżamy. Opłaciliśmy wędkowanie za sześć godzi. Od 12 do 18.00.
W międzyczasie telefonuje do mnie Andrzej –„Szczepek” jest z kolegami Krzysiem- Sensas i Januszem - Jans w Norwegii. Z pytaniem jaka u nas pogoda i czy ewentualnie mogli by się zatrzymać w tej samej bazie. Bo w Norwegii z powodu niesprzyjającej pogody wędkowanie na oceanie jest nie możliwe. Rozmawiam z właścicielką bazy. Mogą przyjeżdżać bez problemów. Ale pogoda i u nas psuje się znacząco.
Co prawda w wędkowaniu z brzegu na kanale nie przeszkadza, ani silny wiatr, ani deszcz. Opady powodują jedynie to, że wędkowanie jest trochę mniej przyjemne. Przez pierwsze cztery godziny nic się nie dzieje. Nie licząc tego, że złowiłem dwa nie wielkie okonie. Około godziny 16 przyjeżdża Fin i pyta co się dzieje. Odpowiadamy, że nic. Kończymy picie kawy i bez zbytniej nadziei idziemy wędkować . I nagle w ciągu kilkunastu czy kilkudziesięciu minut łowimy po cztery sandacze, kilka szczupaków i okoni. Z łowiska schodzimy na pięć minut przed końcem czasu. Przemoczeni zziębnięci, ale w sumie zadowoleni.
Mimo że nie udało się nam złowić żadnej łososiowatej ryby.
Następny dzień budzi się ponury z silnym deszczem i jeszcze większym wiatrem. Fala i wiatr uniemożliwia w naszym pojęciu bezpieczne pływanie po jeziorze. Chłopcy przyjechali z Norwegii i wpadli zdaje się z deszczu pod rynnę. Wypływają na jezioro, łowiąc w tych ciężkich warunkach kilka szczupaków i zdaje się metrowego sandacza.
My robimy sobie dzień kawiarniany. Jedziemy do Siilinjarvi uzupełnić zapasy. Jedziemy również do Kopio zwiedzając miasto. W okolicy ratusza na placu targ z różnymi artykułami. Ja zamawiam porcję smażonych w pikantnej panierce szprotek. Bardzo dobre. A do piwa były by znakomite. Szkoda, że nad polskim Bałtykiem nikt nie wpadł na pomysł sprzedawania do piwa smażonych szprotek, których jeszcze w Bałtyku dość dużo.
Następny dzień również bardzo wietrzny i deszczowy. Bawię się wędką spławikową, z nie wielkiego pomostu łowiąc płocie, leszczyki i okonie na czerwonego robaka.
Kolejny, już przed ostatni dzień, pogoda się poprawia. Wypływamy na jezioro. Łowimy okonie szczupaki. Kolega łowi na trolling dużego jazia ma 50 cm.
I jeszcze raz potwierdza się moje przekonanie, że do Skandynawii trzeba jeździć na minimum 10-ć dni. Bo jeżeli trafi się na nie pogodę to tydzień może być za mało. W tym roku z powodu perturbacji z pagodą łowiliśmy tylko w sumie trzy dni. To stanowczo za mało. Dwa dni wyrwane z połowów przez fatalną pogodę.
W drodze powrotnej jakieś 200 km od Helsinek spada ciśnienie w prawym przednim kole. Domyślam się, że „guma”. Na stacji benzynowej dopompowujemy powietrze i szczęśliwie docieramy do promu. Po drugiej stronie zatoki fińskiej już w Tallinie szukamy wulkanizacji. Znajdujemy czynny warsztat wulkanizacyjny, a jest około godz 16. Many szczęście. Kilka minut i naprawione. Usługa kosztowała nas 15 €. Ruszamy w drogę powrotną do domu. Nocleg mamy zarezerwowany w miejscowości Bauska w pobliżu byłej granicy łotewsko – litewskiej. Dalsza podróż przebiega bez problemowo ( nie licząc korka z powodu przebudowy drogi w okolicy Częstochowy. Buduje się południowa część autostrady A1. W domu jesteśmy około 19.
W tym roku prze de mną jeszcze jesienna wyprawa do Mikkelvik. Mam nadzieję, że warunki pogodowe będą znośne.
Właściwie można planować już wyprawy na następny rok. Choć w moim przypadku powinienem rozważyć na spokojnie, czy na tym nie zakończyć wypraw do Skandynawii. Czas i lata lecą bezustannie. Jestem coraz mniej sprawny fizycznie. A to przeszkadza.
Pozdrawiam Szczepka i kolegów.
Może coś dopiszą te tego od siebie, albo wrzucą kilka fotek.


Andrzej (Longin).



Dołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafika
Łodzie i nasz domek.
Dołączona grafika
Mój arsenał! :) :lol:
Dołączona grafikaDołączona grafika
Załamanie pogody, silny szkwał przechodzący przez jezioro :(
Dołączona grafika
"Koski" góra. Śluza.
Dołączona grafika
Środek, w głębi ujście do jeziora. Razem ok 400 metrów.
Dołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafika
Mieszkańcy "koski".
Dołączona grafika
Jeden z wielu z jeziora. Może nie rekordowy, ale zawsze ryba! :)
Dołączona grafika
Jaź 50 cm i jego łowca. :)
Dołączona grafika
Dołączona grafika
Plac ratuszowy w Kuopio i szprotki z tegoż placu. :lol:
Dołączona grafika
Robiliśmy za holownik po awarii silnika :o

Czytaj artykuł →    1 komentarzy    -----

Arktyka - zorza i halibuty. Mikkelvik późna j...

09 gru 2017 15:43 | longin w Artykuły

Relacja z wyprawy wędkarskiej do Mikkelvik.

Czytaj artykuł →    0 komentarzy    -----

Wyprawa na wyspę gejzerów. Islandia 2016.

12 wrz 2016 16:53 | longin w Artykuły

Islandia.

Islandia! Terra incognita – Ziemia nieznana dla większości Polaków. Wędkarsko „biała plama.” Choć w ostatnich czasach ulega to zmianom. W chwili obecnej Polacy są drugą grupą narodowościową w Islandii, po rdzennych Islandczykach. Wyspę zamieszkuje ok. 300.000 tyś mieszkańców. Znaczną ich część stanowią Polacy. :)
Islandia należy do najpóźniej zasiedlonych obszarów Europy. Pierwsi osadnicy pojawili się w 874. Byli to norwescy wikingowie, oraz celtyccy osadnicy. Nie wyklucza się, że brali w tym udział również Słowianie! Być może dlatego, niektórych z nas ciągnie do Islandii.
Fauna i flora na Islandii jest dość uboga. Nie ma dużych drapieżników, gadów ani płazów. Nie wielka ilość ptaków drapieżnych. Kilkanaście gatunków ptaków morskich. W wodach śródlądowych pstrągi, a w rzekach wpadających do oceanu łososie. Za to Ocean wynagradza to ubóstwo, ilością i wielkością ryb. Przyroda – prawie nie ma lasów. Wycięte przez osadników na budowę domów i łodzi. Trochę trawy i porostów. Mchy. Tym żywią się tutejsze owce. Tak, że słowa Darka w rozmowie telefonicznej z żoną, że nawet mamy laski – które to słowo, zmroziło żonę, dotyczyło kilku rachitycznych drzewek udających las. A nie przysłowiowych „lasek”! :) ;)
Ale od początku. Od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie myśl, aby powędkować w wodach okalających Islandię. Nie miałem jednak pomysłu jak to wcielić w życie. W połowie ubiegłego roku zadzwonił do mnie Darek (easyrider) z pytaniem: jedziesz do Islandii!!! Jest okazja, dwa tygodnie. Samolotem. Na zachodzie Islandii. Gonitwa myśli. Pewnie, że tak. Jadę! Muszę jakoś przekonać żonę. Bo po pod koniec maja, mam zaklepany wyjazd na Nordkapp! Uff! Jakoś się udało przekonywanie. Bardzo szybko wykrystalizowała się szóstka chętnych. Zaczynam zbierać informacje na temat Islandii, warunków tam panujących i sposobach łowienia ryb. Ocean, a właściwie Morze Grenlandzkie. Cieśnina Duńska oddzielająca Islandię od Grenlandii. Silne pływy. Wszystko inne od znanych mi wód norweskich. Inne od Nordkappu, choć krajobrazowo można się dopatrzyć jakowyś podobieństw. :)
Dołączona grafikaDołączona grafikaTrochę podobieństwa do Nordkappu można się dopatrzyć!
Odliczamy dni do wyjazdu. Na początku jest ich ponad trzysta. Czas jednak szybko płynie. Nadchodzi pora wyjazdu. Umawiamy się wszyscy u Darka. A od niego jedziemy na Okęcie. Start o godzinie 21.00. Po czterech godzinach lotu lądujemy w Reykjaviku. W środku nocy. O 2-giej naszego czasu. A, że jest dwie godziny różnicy, to w Islandii jest 24.00. Odbieramy bagaże, najważniejsze tuby z wędkami. Na szczęście wszystko dociera z nami. Bagaże jadą do celu naszego pobytu miejscowości Sudureyri. A my do hotelu Viking w Reykjaviku. Rano z podręcznym bagażem meldujemy się na lotnisku krajowym Reykiaviku i po krótkim 45 min locie lądujemy w Isafjordul. A stąd ma kołach do odległej o kilkanaście kilometrów naszej bazy w Sudureyri. Wita nas Islandczyk – Robert. Prowadzi do domku, po czym do portu. Pokazuje łódź i objaśnia co i jak. Na mapie pokazuje najlepsze rewiry wędkarskie. Łodzie przypominają nie co te, ze Skarsvag. Jednak te z Nordkappu, jakby lepiej przemyślane pod potrzeby wędkujących. Brakuje kilku drobnych, ułatwiających życie rzeczy. Ale nic to!
Dołączona grafikaDołączona grafikaTa z nr. 10 - nasza!
Kilka godzin oczekiwania, w końcu docierają bagaże i tuby z wędkami. Uzbrajamy sprzęt i hajda na wodę. Tym bardziej, że pogoda sprzyja. A wszyscy najbardziej obawialiśmy się pogody, która jest tu jeszcze bardziej nieprzewidywalna niż w Norwegii. Zdarzają się bardzo silne wiatry i co za tym idzie duża i niebezpieczna fala. Przed czym bardzo oszczegał Robert.
Na łodziach dwa dość duże pojemniki, wypełnione w 1/3 lodem. Wypływamy.
Dołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafika
Po godzinnym rejsie docieramy do oznaczonego łowiska głębokość od 60 do 100 metrów. Pierwszy zjazd pilkerów i gum w stronę dna. Po chwili wszyscy mocujemy się z dorszami w granicach 10 -15 kg. Pierwsze ryby na pokładzie! Kolejne opuszczenie pilkerów. I tu zaczynają się schody! Wszyscy stękamy, naprężamy mięśnie, próbując przełamać opór złowionych ryb. Każda wyholowana ryba ma dobrze powyżej 10-ciu kilo! Kilka zbliża się do magicznej granicy dwudziestu kilogramów!. Czegoś takiego jak do tej pory nie doświadczyłem. Co chwilę któryś z nas wypowiada nie bardzo cenzuralne słowa, mocując się z rybą. Bolą ręce i plecy. Xzogi przechodzą na prawdę poważny test. Po jakiś dwu godzinach mamy wszyscy dość. Postanawiamy, co było do tej pory nie do pomyślenia, spłynąć z łowiska i poszukać nie co mniejszych ryb!!! Oba pojemniki na ryby szybko się wypełniły, a my bardzo zmęczeni i zadowoleni. Płyniemy do domu, na zasłużony odpoczynek.
Jesteśmy podekscytowani rozmiarami i ilością dużych ryb. Jeżeli tak ma wyglądać każdy połów, to czeka nas olbrzymia harówka! Zobaczymy. Wszystko przed nami.

Dołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafika
Jeszcze w kraju nawiązujemy kontakt z kolegą portalowym Dawidem (Audite). Czekamy na niego z dużą ciekawością. Okazuje się być bardzo sympatycznym i niezmiernie pomocnym kolegą na tym odludziu. Dzięki niemu nie mamy problemu z zaopatrzeniem. Do najbliższego sklepu jest kilkanaście kilometrów, a nie dysponujemy samochodem. Zdani bylibyśmy na komunikację autobusową. A to komplikowało by wypłynięcia na ryby. Bo ktoś musiałby jechać do sklepu. Tylko kto? Trzeba by chyba losować. Na szczęście jest Dawid. Umawiamy się na „wieczorek zapoznawczy”! Przyjeżdża wraz z niezmiernie sympatyczną żoną Agnieszką, przepyszną zupą rybną i przenośną wędzarką. Ma również kilka kawałków gotowego do wędzenia halibuta. Relacja z tego spotkania jest w wątku Islandia na poważnie. Wędzarka bardzo się przydała. Właściwie co dziennie wędziliśmy kilka tuszek dorszy, które to urozmaicały nasz jadłospis. Bo mogliśmy nie tylko smażyć dorsze, czy robić niezwykle smakowite zapiekanki w wydaniu Mariusza czy Darka.
Codzienne rejsy na ryby kończyły się zazwyczaj kilkugodzinnym zmaganiem się, z dużymi dorszami Czasem przyłowem były karmazyny, zębacze i nie wielkie czarniaki. Niestety nie mieliśmy okazji zmierzyć się z królem tutejszych wód halibutem. Ale tak naprawdę nie bardzo go szukaliśmy z dwu powodów. Nie bardzo wiadomo było gdzie go znaleźć, a po drugie wystarczająco mocno w kość dawały tutejsze dorsze. I nikt, za bardzo nie miał ochoty na kolejne przeciąganie liny. Nie bardzo pomocny w tej sprawie był również Islandczyk - Robert. Nie chciał, albo nie mógł wskazać dobrej miejscówki halibutowej. Co w sumie nie bardzo przeszkadzało, bo wynagradzały to dorsze, zarówno swoją wielkością jak i ilością.
Islandzkie zwyczaje są nie co odmienne od norweskich. Wszystkie złowione ryby trzeba oddać do miejscowej przetwórni. Szacuję, że w sześciu bez specjalnego napinania się i łowiąc kilka (pogoda), najwyżej kilkanaście godzin dziennie mogliśmy złowić około 1,5 tony dorszy i innych ryb. O tym, żeby zamrozić ryby i zabrać je do domu nie ma co marzyć. Nie jest tak, jak w Norwegii gdzie są do tego odpowiednie zamrażarki i można zamrozić i zabrać określoną ilość ryb. Tu nie. W domku jest zwykła lodówka, gdzie od biedy można trochę ryb zamrozić. W pierwszej wersji mieliśmy dostać po kilka kilo zamrożonych i odpowiednio zapakowanych ryb na powrót do domu, ale później się okazało, że za ryby trzeba by było zapłacić. Przynajmniej ja tak zrozumiałem. Wobec powyższego i zważywszy na długość powrotu do Polski, osobiście nie zabrałem ryb. W dniach kiedy pogoda nie bardzo sprzyjała pływaniu na otwartym morzu, łowiliśmy na naprędce sklecone zestawy płastugowe, miejscowe flądry. Miejscem było wejście do fiordu osłonięte od wiatru. Czasem brały również dość duże dorsze czy zębacze. Co traktowaliśmy jako przyłów. Zabawa była jednak przednia.
Jadąc do Islandii, wiadomo nam było o tutejszej jagnięcinie. Zresztą , owiec jest kilkakrotnie więcej niż mieszkańców. Owce są ,że tak powiem puszczone samopas na okres kilku miesięcy. Pasą się na tutejszych halach, bez nadzoru. Nie mają właściwie żadnych wrogów naturalnych, nie licząc samochodów. Na Islandii nie występują większe drapieżniki, oprócz lisa polarnego, którego jest bardzo nie wiele, bo hodowcy owiec doszczętnie go wytępili. Nie jako na zapas. Bo mógłby być niebezpieczny dla jagniąt. I w chwili obecnej jest (lis) objęty ochroną gatunkowa. Niebezpieczni dla owiec są jak pisałem ludzie, a właściwie ich samochody. Owce jak to owce, nie bardzo przestrzegają zasad poruszania się po drogach. I w każdej chwili w dowolnym miejscu mogą przebiec na drugą stronę jezdni. Co w wielu przypadkach, kończy się w najlepszym razie potrąceniem zwierzęcia. Jeżeli w takim wypadku zjawi się policja, winny zawsze jest kierowca. I nie ma tłumaczenia, że owca nagle wybiegła na drogę. Trzeba uważać. I koniec.
To też pewnego razu poprosiliśmy Dawida o zakupienie tutejszej jagnięciny. Przywiózł gotowy udziec, zapakowany próżniowo i zaprawiony odpowiednią marynatą. Do tego gotowy sosik i czerwona kapustkę w słoiku. Co do kapusty byłem sceptyczny, zważywszy jak smakują takie gotowce w Polsce. Po rozpakowaniu udźca włożony został do nagrzanego piekarnika. Czas pieczenia: tyle ile waży.. Mięsko upiekło się „koncertowo”. Darek podał do tego, swoje popisowe ziemniaki. Smakowało wszystko wybornie! O dziwo kapusta również okazała się być bardzo smaczną. W drodze powrotnej udźce (gotowce) przyleciały do Polski.
Był również dzień, w którym ze względu na niesprzyjające warunki na morzu, postanowiliśmy wykorzystać do wędkowania na słodkowodnym jeziorze . Oddalone ono było od naszej miejscowości o 160 km. Czyli na tutejsze warunki jakieś 2,5 godziny drogi, samochodem. Samochodu użyczył nam – któż by inny, jak nie Dawid. Odległość niby nie duża. Ale musieliśmy pokonać dość spore góry. Droga wąska i bez nawierzchni asfaltowej. Coś w rodzaju szutru. Wąska. Wspinająca się mocno do góry. Widoki przepiękne. Dla tych jednak, co nie maja lęku wysokości. Bo zawsze, z którejś strony samochodu była dość znaczna różnica wysokości od dna doliny! Całą drogę zastanawiałem się co będzie jak z przeciwka nadjedzie Tir! Na szczęście nie nadjechał. Po drodze oglądaliśmy jeden z największych wodospadów Islandii Dynjandi o wysokości 100 metrów. Wnętrze wyspy koloru popielato - brązowego, prawie bez roślinności. Tylko gdzie nie gdzie niewielkie zbiorniki wodne. Robi to dość ponure wrażenie. Widać gołym okiem, że to miejsce powstało na skutek działalności wulkanicznej. Zresztą bywały dni, gdzie w powietrzu czuć było zapach siarki, czy siarkowodoru. Woda w łazience, w hotelu Viking mocno pachniała siarkowodorem. Kiedy w końcu dotarliśmy do jeziora, okazało się, że nie ma mowy o jakimkolwiek wędkowaniu. Przeszkodą był bardzo silny, prawie porywisty wiatr. Lekkie 10 czy 15 gramowe przynęty nie miały prawa pokonać siłę wiatru. A objeżdżać jezioro z drugiego końca to kolejne kilkadziesiąt kilometrów, po już całkiem ledwo przejezdnej drodze. Zrobiliśmy kilka zdjęć i wróciliśmy do domu! Szkoda. Bo jezioro ponoć wypełnione dorodnymi okazami różnych gatunków pstrągów!
Codzienne wypłynięcia na ryby i zmaganie się z dorszami skutkowało dość dużym, ale bardzo przyjemnym zmęczeniem. Można sobie wyobrazić jakie tu były łowione ryby, przed kilkudziesięcioma laty. Nawet teraz, w dobie olbrzymiej presji rybackiej i wędkarskiej mieszkają w wodach okalających Islandię prawdziwe potwory. A byliśmy ponoć w nie najlepszej porze, jeżeli chodzi o dorsza. To co tu musi się dziać, jak jest dobry czas. Ryby można właściwie złowić w każdym miejscu. Nawet z brzegu. Te największe są jednak na głębokościach około 100 metrów. Co przy silnym dryfie, bywało nie kiedy nawet dwa węzły. Lekkie pilkery, czy gumy miały problem z osiągnięciem tej głębokości. Jadąc do Islandii należy mieć w swoim arsenale pilkery o ciężarze znacznie powyżej 500 gram. I duże gumy takie o długości ok. 40 cm z dużymi ciężkimi główkami. Tak, że Tadziowe Zgredy (300g) były dobre tylko w dniach kiedy nie było silnych pływów. Dobrze się sprawdzały banany Tadzia, te z dużą gramaturą. Ale chyba najlepszą i bardzo selektywną przynętą były duże gumy. Na które właściwie brały, około 20 kilowe dorsze. Ja swojego największego dorsza złowiłem na systemik Kapitana – (Scary Skull). Choć, chyba łowiłem za mało agresywnie. Nie mam wprawy i nie bardzo wiem jak się tym posługiwać. Branie było niedostrzegalne. Chyba w momencie kiedy czarniak był bez ruchu. Niestety systemik poszedł do przetwórni, przez nieuwagę i nie odzyskałem go. Na następną wyprawę, jeżeli dojdzie do takiej, należy się zaopatrzyć w pilkery o gramaturze pomiędzy 500 a 1000 gram. Duże, naprawdę, duże gumy. Takie po 40 – 50 cm z dużymi i ciężkimi główkami. Kilka pilkerów o mniejszej gramaturze i parę mniejszych gum. Tak, że koledzy którzy odlewają główki powinni znacząco zwiększyć ich gramaturę. W miejscach w których łowiliśmy, dno w większości piaszczyste prawie bez zaczepów. Przy nie pływalnej pogodzie, trzeba mieć kilka makrelowych czy płastugowych systemików na flądry. Każde wyjście i wejście do portu należało zgłosić do kapitanatu portu w Isafiordul. To ze względów bezpieczeństwa.
Nasze domki stały nad odciętym kawałkiem fiordu przez groblę na której wybudowano drogę . To jeziorko połączone było z morzem przepustem, w czasie którego w zależności czy był przypływ, czy odpływ, podnosił się, lub opadał poziom wody. Jezioro zamieszkiwały jak się to mówi, smażalne dorsze. Które chodziliśmy karmić z niewielkiego pomostu odpadkami ryb przeznaczonych do smażenia. Dorsze te były tak oswojone, że brały z ręki pokarm. Można je było, nawet „pogłaskać”! Dość ciekawe wrażenie, bo wszystko zimne. I woda i ryby! A to co żyje jest przecież ciepłe!
Generalnie wyprawa na Islandię zapisze się w mojej pamięci jako niezwykłe doświadczenie i zostawi niezapomniane wrażenia. Wyprawa ze wszech miar udana. Nigdy nie przypuszczałem, że będę spływał z łowiska, z ulgą. Z przemęczenia!!! Pomysłodawcą całego przedsięwzięcia był Darek (easyrider). Który zorganizował (i co ważniejsze namówił skutecznie do wyprawy naszą szóstkę), wyjazd przy pomocy biura Eventur Fishing z Warszawy. W swoim imieniu dziękuję Darku, za pamięć o mnie, i za zaproszenie mnie na wyprawę. A za Twoim pośrednictwem Panom z biura Eventur Fishig.
Reasumując polecam kolegom wyprawę na Islandię. I jak mówi klasyk; na tej wyprawie były plusy dodatnie i ujemne. Do dodatnich to, to, że w ogóle się odbyła. Ilość i wielkość ryb. Każdy z nas, wielokrotnie poprawiał własne rekordy w wadze i długości złowionych dorszy. Dość komfortowe zakwaterowanie. W miarę wygodne łodzie. Do plusów ujemnych: brak suszarni na kombinezony, dla niektórych z pewnością brak zamrażarki na ryby. Nieco gorsze wyposażenie łodzi (brak wystarczającej ilości uchwytów na wędki).Ale najważniejsze brak samochodu. A jest to miejsce na przysłowiowym końcu świata i do cywilizacji jest spory kawałek. Na podróż w jedna stronę trzeba przeznaczyć ok. dwóch dni. Pobyty siedmiodniowe, w przypadku niemożności pływania, z powodu pogody wydają się być za krótkie. Optymalna długość pobytu moim zdaniem, to dziesięć dni.
Nam się poszczęściło. I pogada w sumie dopisała i najważniejsze był Dawid. Bez Dawida cała wyprawa była by mocno ograniczona i mielibyśmy moc problemów zaopatrzeniowych. Jeszcze raz serdeczne podziękowania dla Ciebie i rodzinki Dawidzie.
Mini market na miejscu, oprócz sprzedawczyni o obfitych kształtach i kilku butelek napitku, właściwie niczego innego nie ofiarował. Miejscowa klubokawiarnia również nie najwyższych lotów. Pani podała zupę rybną z torebki!!!! Na pułkach stało kilka butelek alkoholu, koli i zdaje się piwa. Kawa, herbata. Nic ponad to! Po większe zakupy trzeba udać się do marketu „Bonus’ w Isafiordul. A to odległość kilkunastu kilometrów. Jest autobus, z tego co pamiętam kursuje dwa razy dziennie. Czas na zrobienie zakupów to około godziny. Czasu starcza na styk. To tyle moich wrażeń z wyprawy do Islandii. Może napisane trochę chaotycznie, ale nie wszystko już się w głowie poukładało. Cały czas jestem pod wrażeniem tego wyjazdu.

Andrzej (Longin).

P.S. Udział w wyprawie do Islandii wzięli, kolejność przypadkowa:
1. Darek (Easyrider)
2. Jarek (Jarwal)
3. Mariusz (Giaur27)
4. Marek (Przasnysz)
5. Michał
6. Andrzej (Longin)
7. Dawid (Audite) mimo, że mieszkał na miejscu można go spokojnie zaliczyć do członków wyprawy.
Jeszcze raz serdecznie wszystkim dziękuję za wspaniałą wyprawę, dobry humor, miłą atmosferą. Myślę, że koledzy uzupełnią mój opis wyprawy o swoje spostrzeżenia i ewentualne rady dla następców. Pozdrawiam.

Zdjęcia.
Dołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaDołączona grafikaJezioro. Jak na filmie 13-sty wojownik. MgłaDołączona grafikaDołączona grafika
To tyle! :) :) .Koledzy z pewnością uzupełnią i dodadzą więcej zdjęć!

Czytaj artykuł →    1 komentarzy    -----

Pierwsze portalowe spotkanie 11.10.2014 Władys...

16 paź 2014 09:10 | Gość w Artykuły

Tniemy A1 ,telefony się grzeją , jedni przed nami , drudzy gdzieś w korku za nami ale kierunek ten sam – Władysławowo. Punkt zbiorczy – knajpa „U Chłopa” pierwsi meldują się Ola i Darek /darboch/ , witają pozostałych – Warszawa,Kielce i Malbork . Brakuje Poznania -gdzieś błądzą. O 23-ej zamykają knajpę więc czas na Maszoperię . Po półgodzinie dobija też Poznań z nie tęgimi minami / mały incydent pod knajpką/. Dalsze przywitania i rozmowy starych druhów przy małym co nieco . Niektórzy zmęczeni podróżą próbują zrekompensować to snem pod pokładem. Około 3-ej wyruszamy na łowiska i wraz ze świtaniem pierwsze pilkery wpadają do wody. Są też i pierwsze ryby których tego dnia nie brakowało. Szyper stara się jak może i szuka coraz to większych ławic informując nas na bieżąco co dzieje się pod nami i na jakiej jesteśmy głębokości. Ma też cenne informacje jak łapać – kiedy spod kutra kiedy rzucić dalej i próbować z opadu innym razem żeby spróbować w toni . Osobiście podobały mi się te informacje bo miałem wrażenie że jestem na swojej łódce i mam ekran echa przed sobą . Obsługa kutra zaserwowała nam śniadanko na ciepło a później gorącą zupkę. We wspaniałej atmosferze /i pełnymi kastrami / nie wiadomo kiedy minął nam ten wspaniały dzień pomimo że przelotny deszczyk dawał czasem znać o sobie. Rywalizację o największą rybę wygrał Andrzej /Szczepek/ prawie cztero kilowym dorszem i zgarnął nagrodę ufundowaną przez Michała /Kaz/ a była to flaszka zacnego trunku – miód pitny dwójniak nagrodzony brązowym medalem na największym na świecie konkursie miodów pitnych Mazer Cup w 2012 r. Była też nagroda - pilker z odpowiednią dedykacją za najmniejszą rybę tzw. zgredzikowe . W tej konkurencji nie do pokonania był Mariusz /Giaur27/ jak ktoś złapał mała On natychmiast łapał zawsze mniejszą. Fundatorem „ zgredzikowego „ był Tadeusz /Tleilax/ który dla upamiętnienia naszego spotkania obdarował wszystkich uczestników pamiątkowymi pilkerami z nazwą naszego portalu oraz nickiem obdarowanego . Tadziu dziękujemy za tą wspaniałą pamiątkę. Rejs zakończyliśmy w porcie już dobrze po 22-ej skąd udaliśmy się do „Pomorzanki” gdzie przy kolacji na dużym ekranie obejrzeliśmy zapowiedz filmu z wyprawy do Norwegii zrobionego przez Adama / Padonis /. Trudy rejsu i zmęczenie dało znać o sobie pomału żegnaliśmy się bo następnego dnia rano wyjeżdzaliśmy o różnych porach .

Ps. Wybaczcie jakość zdjęć z telefonu.

Pierwsi uczestnicy "U Chłopa"
Dołączona grafika
Będzie się działo
Dołączona grafika
Sprzęt gotowy już nie daleko
Dołączona grafika
A ja mu "pijany wieprzu" i chodu w długą
Dołączona grafika
I mówią że na to Halinki nie da się wyciągnąć
Dołączona grafika
Na ludziach znam się wyśmienicie i mówię Wam że skoczy
Dołączona grafika
W Darłowie to ja minimum 5 limitów mam za każdym razem
Dołączona grafika
To co się chłodzi to się nie zmarnuje
Dołączona grafika
Ty Krzysiu na tych łowiskach to stary bywalec
Dołączona grafika
Słodziak mówił że trening czyni mistrza więc trenuję na czym się da
Dołączona grafika
Ten duży to będzie dla Oli
Dołączona grafika
Coś konkretnego
Dołączona grafika
Hahaha Mistrzu
Dołączona grafika

Czytaj artykuł →    1 komentarzy    *****

Piaskowy Dorsz 2014

15 paź 2014 05:37 | LeSo w Artykuły

11 października w Karwi odbył się 5 Ogólnopolski Mityng Surfcastingowy " PIASKOWY DORSZ 2014" Organizatorem zawodów był Sportowy Klub Wędkarstwa Morskiego " Pomuchel - Lębork" Miejsce zawodów plaża pomiędzy Karwią a Jastrzębią Górą. W mityngu wzięło udział 42 zawodników z różnych stron Polski. Najbardziej wytrwali przyjechali specjalnie aż ze Śląska ! :) Zawody a w zasadzie spotkanie ludzi kochających surfcasting ma na celu integrację tego grona wędkarzy. Na tych zawodach nie ma sędziów i stanowisk wędkarskich ! Każdy zajmuje sobie wybrane miejsce na plaży. Tu wychodzi kunszt wędkarza i jego przysłowiowy "wędkarski nos" ;) . Obowiązuje wzajemny szacunek i zachowanie zasad Fair Play. Pogoda tego dnia dopisała . Lekki wschodni wiatr i dość spokojne morze dawały nadzieję na dobry połów. Po uroczystym otwarciu i poczęstunku w postaci kawy , tortu i pączków zawodnicy rozjechali się na plażę. Wędkarska rywalizacja rozpoczęła się o 15.30 i trwała do 23ciej. Rybą priorytetową jak mówi nazwa zawodów jest dorsz. I on w pierwszej kolejności był zaliczany w klasyfikacji . Ogółem złowiono 30dorszy i podobną ilość fląder. Niekwestionowanym zwycięzcom okazał się kol. Jerzy Duch z SKWM "Pomuchel - Lębork" :1_miejsce: który jako jedyny złowił limit 7 dorszy. Drugie miejsce kol. Wiczanowski Andrzej z Stowarzyszenia Surfcastingowego " Bałtyk". A trzeci był kol. Klamrowski Kazimierz z SKWM "Pomuchel - Lębork". Największą rybę zawodów , dorsza 46cm złowił kol. Hebel Henryk z Stowarzyszenie Surfstrand "Bliza" Puck. Zwycięzcy uhonorowani zostali okazałymi rzeźbami dorszy których sponsorem był Przewodniczący Rady Powiatu Lęborskiego! Tradycją tej imprezy jest to że wszystkie nagrody zostają rozlosowane wśród uczestników bez względu jakie miejsce zajęli. Wszyscy uczestnicy otrzymali nagrody. Sponsorami zawodów byli - Przewodniczący Rady Powiatu Lęborskiego, Drukarnia Sil-Veg-Druk z Lublińca, Firma Jaxon , Sklep wędkarski "Reksio"z Lęborka. Sklep wędkarski "Świat wędkarzy" z Lęborka. Sklep wędkarski "RED" z Wejherowa. Sklep wędkarski "Belona"z Wejherowa oraz sklep wędkarski "Ochotka" z Bydgoszczy! Organizator składa serdeczne podziękowania wszystkim sponsorom i uczestnikom zawodów. :)

Galeria zdjęć dostępna na forum: http://morskapasja.p...a-plaży/?p=2734

Czytaj artykuł →    0 komentarzy    *****

Realcja z Władysławowa

04 paź 2014 22:47 | okno w Artykuły

Witam
W piątek po długiej nie obecności we Władysławowie melduje się z samego rana w porcie z chęciami popłynięcia na dorszyka. Pierwszą czynnością jest oczywiście zaklepanie miejsca. Czasu do wypłynięcia mam jeszcze sporo więc udaje się na spacer z ciekawością kto wypływa. Pogodę zapowiadali wręcz bajeczną więc ludzi i jednostek szykujących się do wypłynięcia sporo rzekł bym że chyba co pływa za dorszykiem wypłynęło,

Dołączona grafika


Dołączona grafika


Dołączona grafika


Dołączona grafika


Dołączona grafika


Dołączona grafika


Dołączona grafika

dosłownie las sterczących kiji powtykanych w uchwyty.
Wypływamy o 7 gdy słoneczko nie śmiało przebija się przez chmurki,

Dołączona grafika

i kierujemy się na zachód na płytkie wody 17 - 20 m gdzie zaczęliśmy wyciągać pierwsze dorszyki w asyście Comandora

Dołączona grafika

Wspomnę tu o taktyce jaką zastosowałem łowiąc na płytkiej wodzie. Napłyniecie na kupkę,pilkier w dół, dwa, trzy ruchy i dorszyk złowiony. Drugi rzut to odrzut jak najdalej od łódki i za zwyczaj łowił się drugi, i tak z kupki na kupkę. Metoda sprawdzona z zatoki jak nie udało się złowić przy burcie w pięciu ruchach to udało się z odrzutu.
Wielkością nie powalały, ot bolki sobie tam pływały więc kierujemy się na głębsze wody 45 - 60 m gdzie skupiona była większa część floty,

Dołączona grafika


Dołączona grafika

z nadzieją na większe okazy. Trochę tam połowiliśmy,

Dołączona grafika

Modnym kolorem okazał się czerwony zarówno pilkier jak i twister.

Dołączona grafika

a następnie przeskok na jeszcze głębiej tak na 72 -75 m. Tu już raczki bolały od wyciągania bo i też dorszyki wykazywały większe chęci do współpracy i raczej bolkami nie były.
Słoneczko chyliło się ku zachodowi,

Dołączona grafika

więc czas było wracać do portu zostawiając spienione fale za sobą.

Dołączona grafika

W porcie jesteśmy o 19, więc 12 godzin na morzu przy pięknej pogodzie, rybki dopisały, a ile ? - wystarczająca ilość i tu jest całe piękno łowienia na morzu.
Pozdrawiam
Jan

Czytaj artykuł →    1 komentarzy    -----

Torsvåg Havfiske 2014 - dziennik zdarzeń

27 cze 2014 18:44 | Hero w Artykuły


Dzień przed….



Ostatnie zakupy zrobione. Przykręcam jeszcze szybko bagażnik na dach auta. Graty spakowane. Tuba a raczej tuby zważone dwa razy, Wszystko gotowe. Nie mogą się doczekać. Kładę się spać, ale jak tu spać?? Kręcę się i kręcę . O 2 się poddaję. Już wiem że nie zasnę…

Podróż

Godzina piata minut 30….


Zagrala w koncu upragniona pobudka. Tak to ten dzien na ktory tak dlugo czekalem. Niemal okragly rok. Wstaje chodz i tak nie spalem. W zolodku te dziwne uczucie jak bym juz slyszal warkot dieslowskiego silnika na lodzi.. To wlasnie jedno mam teraz w glowie. Chce byc juz na wodzie…

Tuby na dach i w droge. Jade po Wojtka. naszego forumowego RAPALE . jest gotowy pakuje sie do auta i ruszamy dalej . Mamy kawalek na lotnisko ale po drodze jeszcze przystanek u Jacka BLEKA. Tam pakujemy sie w jego auto i w swietnych humorach ruszamy na lotnisko . Parking i szybko i sprawnie przewozimy manele na terminal. Po chwili dolacza nasz Administrator - Marek SLODZIAKSOS. Wrzucamy torby na tasme. Marek dodaje im w magiczny sposob odpowiedniej lekkosci i wszystko idzie gladko. Idziemy nadac bagaz specjalny. Okazuje sie ze mamy nieoplacony ale naszczescie mily czlowiek przyjmuje oplate na miejscu i nie trzeba zmieniac kolejki.

Security control rowniez przeszlismy bez problemow. Samolot , start, krotka drzemka i po 1 h .40 min meldujemy sie w Tromso. Transport czeka. Jedziemy do bazy ale tu pierwszy maly zonk. Taxi wiezie nas do promu a wlascicielka bazy odbierze nas z drugiej strony przeprawy. W oczekiwaniu na prom Marek wyciaga szybko spina i lowi kilka malych rybek ktore dzielnie walcza na delikatnym kijku. To zapowiedz nieco mocniejszych wrazen ale o tym wkrotce…

Jestesmy na promie . Teraz trzeba wyciagac toboly i potem zapakowac je ponownie. Idzie nam to niezwykle sprawnie- czterech chlopa spragnionych morza uwija sie w niezwyklym wrecz tepie . Sonia - wlascicielka bazy rusza smialo. Po drodze mila rozmowa. Pytamy o sezon , o wyniki , o pogode. Zostawiamy rzeczy w naszym domku i jedziemy na przystan podpisac papierki , zaplacic kaucje i odebrac lodz. Jak zwykle w takich wypadkach nam sie mocno spieszy bo napaleni chcemy juz ruszac na ryby , tym bardziej ze prognozy na kolejne dni sa malo obiecujace. Niestety musimy chwile poczekac. Ide na keje, tam Stefan- miejscowy przewodnik i pracownik bazy instruuje juz Marka . Probny 5 min rejs i idziemy do Soni uiscic stosowne oplaty, potem bierzemy busika i jedziemy do domku Jacek i Wojtek sa juz gotowi. Szybko wracamy na keje i w koncu ruszamy na wode !



Dzień pierwszy


Pogoda nie jest tragiczna ale trochę falowania jest. Mamy jeszcze slonko. o ktore juz pozniej bedzie ciezko. Jest juz kolo 20 ale slonce jeszcze wysoko. Decyzja jest oczywista. Plyniemy na GASAN. Blat na ktorym rok wczesniej Marek trafil swojego 50 kilowego halibuta. Rowniez nasz forumowy kolega Jans mial tam tydzien wczesniej bardzo dobre wyniki. Pierwsze dryfy… naplywamy., jest drobny sej jest dobrze. Ja dopiero montuje osprzet na lodzi. Zabawki czyli ipad z navionicsem, echosonda, i kamerka Go Pro Hero . Montuje tez wedke. Patrzenie w szczegoly plus fala powoduja ze blednik zaczyna szwankowac. Ja lowie na swoj podstawowy zestaw X -zoga 20kg plus Accurate BX 400. Do kompletu savage 25 cm w zlotym kolorze. Wychodza pierwsze ryby. Srednie dorsze, w tym te pieknie ubarwione ktore mienia sie zywym pomaranczem jak karmazyny lub karpie koi.


Dołączona grafika




Kolejne naplywy. Czasami idziemy nad 11-sto metrowymi gorkami, tam troche haczy. Dobre naswietlenie i plytka woda sprzyja bujnej roslinnosci. Potem 20, 30 m Splywamy do 40 m glebokosci i na tych zejsciach mamy najwiecej dorszy. Wychodza coraz wieksze. Kolejne naplyniecie, kolejny dryf . Podbijam gumke w rytmie jedno podwojne potem przerwa, potem podbijam i zwijam 4, 5 obrotow . postoj . potem albo opuszczam albo wedruje kolejne 5 obrotow korby w gore.

Na 30 metrach po podbiciu cos siada na moim kiju. Kij staje. , potem pierwsze glebokie ugiecie, szarpniecie i jedzie na maksa. Wiem ze to nie dorsz.



Dołączona grafika




Pada haslo. Kamera akcja !! Go pro idzie w ruch . Chlopaki wyciagaja szybko swoje przynety i kibicujac szykuja sprzet do podebrania. Niestety nie mamy sprzetu do zalozenia petli na ogon . Narazie jednak ryba sie nie poddaje. Testuje moj sprzet i moje rece. Kolejny zjazd na dol. Czuje ze jest ciezka. powoli jedzie na gore i pokazuje sie w calej okazalosci. jest duza. Dostaje prztyczka hakiem w nos i znowu jedzie do dna. Zabawa od poczatku. Pompuje . Ryba mocno sie stawia ale po chwili znowu wychodzi przy lodzi . Decyzja jest oczywista- tak duza rybe trzeba wypuscic wiec hak musi byc delikatnie umiejscowiony w pysku a to nie jest latwe- fale ruchy lodzi, ryba kolejny raz popisowo odgrywa melodie na terkotce. Odjezdza z calym impetem. Pomalu czuje ze te przeciaganie liny trwa zbyt dlugo . Boje sie ze cos nie wytrzyma, ze hak w pysku w koncu sie poluzuje i ze strace swoj okaz. Resztkami sil , bez pardonu pompuje rybe do gory. Ona tez jest zmeczona i tym razem w koncu hak trafia w swoje miejsce. Pomagam chlopakom. Halibut jest ogromny ! ogarnia mnie duma i radosc . Udalo sie ! rybsko jest na lodzi. Mierzymy - 165 cm Jest niezwykle gruba. Na oko 65 - 70 kg. Staram sie podniesc go do zdjecia na tyle ile jestem w stanie. Marek cyka kilka fotek.


Dołączona grafika




Teraz kolejny problem. Jak tak wielka rybe wypuscic do wody ??? nie jest to latwe zadanie. Nie wiem jak ale jakos udaje nam sie z Wojtkiem przepchnac go z tylu na rufie i ryba odplywa w dobrej kondycji.

Jestem szczesliwy Jest po 22. Taki sukces po 2 h lowienia. Dalej nie dowierzam, siadam zmeczony. Musze chwilke odsapnac…

Lowimy jeszcze kilka dorszy na kolacje. Kolacje ? sniadanie ? Tutaj zegarek to czas przyplywu. On i pogoda reguluja tu nasz rytm. Nie ma podzialu na dzien i noc. wszystko sie miesza. Mozna sie zupelnie zatracic i to jest fantastyczne … Po powrocie do bazy chlopaki wpisuja na tablice catch of the day…. dopisuja C&R a Sonia wrzuca zdjecie Haliny na fejsbukowy profil bazy. Grejt sakces jak to mowia w Kazahstanie -)


Dzień drugi


Splywamy do portu jakos nad ranem. Jeszcze przed snem szukam tabelki z wymiarami halibuta. znajduje w lbs przeliczam wychodzi 70 kg. dalej lekko szumi mi w glowie. To endorfiny. Szczescie w czystej postaci.

Dzisiaj plyniemy na inny blat polozony troche blizej. Tam gdzie rok wczesniej zlapalem swoj okaz 42 kg. Schemat sie powtarza. Znowu uderza halibut ! Tym razem nie odjezdza tak mocno. ale nie mozna odmowic mu walecznosci. Stawia sie bardzo mocno.muruje nie chce wyjsc. Pomalu udaje mi sie go oderwac. Wychodzi kolo lodzi. jest ladny , chlopaki gotowi do podebrania ryby strzelaja- 20- 30 kg Starszy hakowy Wojtek tym razem zapina rybe za pierwszym razem i wciamy ja na poklad. Ryba nie zmeczona odjazdami bryka troche na lodzi. Ma 140cm i wazy 35 kg


Dołączona grafika



Dołączona grafika




Kolejny sukces ! 2 dni i mam dwa halibuty. Niewiarygodne ! Dream come true !

W domku czeka na nas druga forumowa ekipa z Pl w skladzie TLEILAX, PADONIS , SZCZEPEK i KRZYSZTOF. Po awari auta i przygodach w Finlandii docieraja w koncu do nas. Spragnieni lowow , miny maja nie tegie bo chca na wode a musza czekac na lodke , bo jak sie okazalo lodz ktora miala byc ich, zostala rozbita na skalach przez grupę Rosjan na poprzednim turnusie. Sonia jednak organizuje lodz i po zalatwieniu formalnosci chlopaki leca w morze.


Dzień trzeci


Trzeciego dnia dosc mocno wieje. Ekipa z Pl rusza pierwsza. My plyniemy powoli ale pogoda jest slaba. Jacek zostaje w domu. Plyniemy w strone Gasan ale wiatr przybiera na sile i prognozy sa slabe . Decydujemy sie schowac za jedna z wysepek gdzie rowniez namierzamy dobrze wygladajacy blat. Lowimy ! i to jak lowimy !

Pierwszy strzal ma Wojtek . halibut zaczepiony za policzek walczy bardzo mocno. Co chwile prostuje rece koledze i zjezda na dol. Walka trwa dosyc dlugo . W koncu podbieramy go . ma ponad 120 cm i jakies 20-25 kg wagi. Wojtek szczesliwy



Dołączona grafika



Wiatr się wzmaga na tyle ze i Marek skapitulowal i udal sie na drzemke w sterowce wiec ja przejalem jego obowiazki. Poplynelismy kawalek dalej ale bez wiekszych efektow . Po kilku dryfach wracamy na poprzednie miejsce. Dokladnie naplywam i sytuacja sie powtarza. Tym razem ryba siada na moim kiju. Znowu nad niewielka rynna miedzy dwoma blatami . Kij sie gnie , rybka wychodzi. Moj trzeci ! 124 cm. Ladna rybka wraca szybko do wody.


Dołączona grafika



Potem kolejne kilka dryfow. Naplywam nie na poczatek blatu a staje przed rynna . Chwila moment i melduje sie kolejny Halibut ! Wojtek nabral wprawy i sprawnie holuje rybe do gory. Ma metr dlugosci i szybko wraca do wody.


Dołączona grafika



Pogoda psuje sie na calego . Wymeczeni pomalu kierujemy sie w strone bazy. Na echu nagle pojawia sie gruby zapis miedzy 40 a 50 tym metrem . staje i rzucamy. Natychmiast mamy brania . Moj schodzi po kilku metrach pompowania natomiast Wojtek siluje sie dalej. Przy lodzi wychodzi… dorsz ale nie jeden lecz dwa ! okazalo sie ze duzy pietnasto kilowy dorsz dosiadl sie podczas holu mniejszgo ok 2 kilowego kolegi . Niebywale. Takie rzeczy tylko w Norge !


Dołączona grafika




Plyniemy do bazy. po drodze stajemy jeszcze kilka razy. Trafiamy na niewielkie zebacze na kolacje. Starczy wrazen na dzisiaj


Dzień czwarty


Zla pogoda. Prognoza sie potwierdzila. .Wyspalismy sie chociaz w koncu. Siedzimy i patrzymy w morze. Kazdy czeka i ma nadzieje ze wiatr troche ucichnie. Chlopaki z drugiej lodzi nie rezygnuja. plyna pokrecic sie po fiordzie. Wojtek rzuca haslo . Jacek nawet sie nie zastanawia. Marek rowniez rezygnuje. Ja sie ociagam ale w koncu plyniemy.

Na fiordzie sprawdzamy blat najblizej bazy. Nic sie nie dzieje. Chlopaki lowili kawalek dalej i dali nam nadzieje informacja o halibucie 43 kg ktorego wytargal Tadzio TLEILAX

Na blacie pusto. jakas pobliska gorka dala nam pare dorszy ale po kilku kolejnych dryfach cisza. . Sprawdzam mape. Sa miejscowki kawalek we fiordzie , lecimy tam . Po drodze widzimy wielka mase mew fruwajaca nad powierzchnia. na mapie gorka 11 metrow opada do 40 i glebiej. naplywamy i na echu robi sie ciekawie.


Dołączona grafika



Pod powierzchnia jest cos drobnego a pod tym masa dorsza. ryby nie sa duze od 2-5 kg ale frajda niesamowita. Biora zaciekle na glebokosci ok 20 m ale juz od 5 m pod powierzchnia. Bawimy sie swietnie. Deszcz i wiatr nam nie przeskadzaja. Prognoza na noc jest nieco lepsza. Wracamy do bazy zeby poplynac jeszcze raz. Marek decyduje sie plynac. lecimy na znane blaty ale lowimy tylko dorsze. Marek lowi mala halinke To wedkarskie zboczenie gdy metrowy dorsz na haku jest przylowem bo kazdy czeka na to mocne tapniecie…Na wielka plaska czarna rybe.


Dzień piaty


Pogoda szaleje. Wicher nawet na ladzie jest silny. Wszystko fruwa. do tego pojawia sie snieg. NIe wyjdziemy w morze wiec robimy pranie i inne porzadkowe rzeczy. Zalatwiamy sprawe sztywnego holu dla chlopakow zeby mogli sciagnac zepsuty samochod do Polski. Jade do sklepu . W sklepie spotykam Stefana ,rozmawiamy chwilke. Daje mu w prezencie portalowa koszulke i male co nie co od chlopakow z PL.

Potem spotykam go w bazie. Zagaduje przy mapie zeby dal namiar na Seje gdyz widzielismy jak niemieccy wedkarze przywiezli dwie spore sztuki poprzedniego dnia. Pogoda sie klaruje i jest szansa ze pojdziemy jeszcze w morze. Stefan przystawia palec na mapie a ja robie fotke -)


Dołączona grafika




Tak rodzi sie taktyka na kolejny dzien.


Dzień szósty


Wyplywamy dopiero wieczorem. Tym razem w komplecie .Idziemy na dwie lodzie. Chociaz wiatr usiadl to na otwartej wodzie fale posztormowe maja 2, 2.5 metra wys. . Fala naszczescie jest bardzo dluga i lagodnie traktuje Arvora. Plyniemy na miejsce pokazane przez Stefana. to woda ok 50 60 m gdzie czesto lowione sa w toni duze Seje. po drodze jednak mam zaznaczone dwa blaty. Stajemy na pierwszym.

Tym razem Marek zacina cos duzego. Ryba walczy zaciekle. hamulec stelki co chwile sie odzywa. Ryba przy lodzi . Wojtek i Jacek testuja wynalazek do zakladania petli na ogon , a ja krece film. Pierwsza proba nieudana i halina zjezdza jeszcze na dol. za drugim razem laduje na pokladzie. Marek mowi ze spodziewal sie duzo wiekszej. Ryba walczyla bardzo mocno jak na ten rozmiar. ma 115 cm i po fotkach wraca do wody.


Dołączona grafika



Kolejny dryf i tym razem znowu ja zacinam cos fajnego. po krotkiej walce kolejny halibut laduje bezpiecznie na lodzi . To juz 4 ty ! Ma metr dlugosci i jakies 15-20 kg . wraca oczywiscie do wody. Swieci slonko a ja jestem przeszczesliwy. Lubie ta robote...



Dołączona grafika



Kolejne naplyniecie. Podbijam gume mocno. jade z 5 metrow do gory i czekam. w tym momencie mam mocne uderzenie. Jestem zaskoczony bo dopiero co wycholowalem halibuta i ponownie spuscilem przynete . To jakis sen. Ryba zjezdza na dno. Mowie ze mam chyba kolejnego. wlaczam kamerke i znowu jazda. Ale po paru metrach nad dnem ryba idzie juz gladko go gory. Na powierzchnie wyplywa dorsz. Ogromny dorsz. najwiekszy dorsz jakiego do tej pory widzialem. Wojtek go podbiera i musze mu pomoc wciagnac go do lodzi.


Dołączona grafika



Ma 125 cm i wazy 18 kg. moj rekord pobity. Okazalo sie rowniez ze byla to najdluzsza ryba tego dnia. Czapka zgarnieta -)

Na kolejnych miejscach polowilismy duzo grubego dorsza. Mielismy kilkanascie sztuk powyzej metra. Braly na spadkach przy koncach blatu miedzy 30 a 40 stym metrem.


Dzień ostatni


To najgorszy dzien z calego wyjazdu. Dzien pakowania , sprzatania . pomimo zlej pogody ktora popsula sie na dobre wszyscy maja smutne miny. Tak szybko zlecial ten tydzien…



Podsumowanie.


Wyjazd niezwykle udany pod kazdym wzgledem. Pogoda mogla byc lepsza ale trzeba pamietc ze mogla byc i gorsza . Ciesze sie ze zlowilismy duzo ryb w roznych miejscowkach co pokazuje mozliwosci tej wody. zycze kazdemu takich emocji i wspomnien. Dzieki za super towarzystwo i do nastepnego razu !


Dołączona grafika



Czytaj artykuł →    7 komentarzy    *****

Torsvag 2014

22 cze 2014 19:29 | padonis w Artykuły

Moja wyprawa do Torsvag

Wpierw było marzenie, potem z miesiąca na miesiąc marzenie nabierało namacalnych kształtów ,aż wreszcie stało się realnym planem. Przez parę miesięcy gromadziłem sprzęt, myślałem co mi jest potrzebne a co nie. Cały ten czas stał się zabawą , która pomagała mi w oczekiwaniu na ten dzień w którym wyruszę w wyprawę o której wszyscy tu mówią a o której ja do tej pory tylko śniłem.
Długo oczekiwany termin wyjazdu nareszcie nadszedł, 8-my Czerwiec – nie mogę spać już od świtu, spakowany i gotowy jak nigdy czekam na transport.
Nareszcie jest !
Graty do wozu i jedziemy pod dom Krzyska gdzie czeka już reszta ekipy. Pakowanie... o matko ile tego jest, myślę sobie „Tadziu oszalał ile on kupił tego prowiantu”, jakimś cudem wszystko się zmieściło, samochód nabity jak balon ale bagażnik się zamyka.


Dołączona grafika


Spakowani, szczęśliwi i zadowoleni z siebie wsiadamy do wozu i cała nasza czwórka Tadziu, Krzysiek, Andrzej i ja ruszamy w daleką drogę.
Wszystko przebiega doskonale, po połowie dnia i całej nocy przejeżdżając przez Polskę, Litwę, Łotwę i Estonię i rano dobijamy do Talina , gdzie czeka na nas prom. Wjazd na pokład, mały odpoczynek o po dwóch i pół godzinie jesteśmy w Helsinkach. Wsiadamy w auto i dalej w drogę, w planie przejazd przez Finlandię , jakieś spanie i następnego dnia dojazd do Torsvag. Kilometry mijają jeden za drugim aż nagle coś jest nie tak, coś nie dzieje się po naszej myśli, coś czego nikt nie przewidział i czego nikt się nie spodziewał. Skrzynia biegów naszego busa odmawia współpracy, biegi nie działają, jest tylko wsteczny ale cofać nikt się nie chce. Pomoc drogowa ściąga nas do najbliższego miasta Jyväskylä gdzie ubezpieczyciel zapewnia nam hotel a nasze auto ląduje w serwisie.
Następnego dnia serwis orzeka ,że auto nie jest do szybkiej naprawy a ubezpieczyciel proponuje nam powrót do Polski. Wyprawa zakończona ?! Czy to już koniec ?!
Trudno pogodzić się z przegraną, trudno dać za wygrana, burza mózgów, wiele pomysłów co dalej robić. Jeden pomysł po drugim upada lub okazuje się niewykonalny. Z opresji ratuje nas Darek (easyrider), daje nam kierowcę, odbiera Tadziowego busa i wysyła go do nas. Nie jestem w stanie powiedzieć ile mu zawdzięczamy, cała wyprawa dzięki niemu jest uratowana.
Drugiego dnia wieczorem dociera do nas auto, kierowcy zapewniamy powrót do kraju a sami czym prędzej ruszamy w dalszą drogę. Mamy 24 godziny spóźnienia ale zawsze lepiej tyle niż wcale nie dojechać do celu. Reszta drogi na szczęście przebiega bez problemu i 12 czerwca pierwsze dorsze zostały złapane w porcie w oczekiwaniu na prom , po 16-tej dotarliśmy do celu, dotarliśmy nareszcie do Torsvag .


Dołączona grafika


Dołączona grafika


Szybkie rozpakowanie gratów, szykowanie kijków i do portu odebrać łajbę, reszta ekipy która dojechała z Norwegii jest na wodzie zatem warto do nich dołączyć.
W porcie spotykamy się z Sonią, to szefowa tej bazy , papierkowe sprawy , litania co można a czego nie i niestety następne problemy. Nasza wynajęta łódź jest rozbita, wcześniejsza ekipa z Rosji rozbiła łajbę o brzeg, na szczęście nie o skały, wszyscy żyją ale łódka to wrak.
W zamian za naszą łódź Arvora 230 dostajemy Arvora 215, mniejszy słabszy i w dodatku jest jeszcze pytanie czy go oddamy na jeden dzień innej ekipie. To raczej nam nie odpowiada i odmawiamy, nie mamy zamiaru tracić jeszcze więcej niż już traciliśmy.
Nie tracimy czasu, szybko pakujemy się na łódkę i na morze, może nie daleko, raczej sprawdzić łajbę ale padają pierwsze ryby, dorsze , plamiaki, czerniaki a trafia się też zębacz i karmazyn. Po paru godzinach wracamy do bazy gdzie wita nas Norweska cześć ekipy, poznajemy osobiście Słodziak , Hero, Rapalę i Jacka którzy przed nami powrócili z morza. Dowiadujemy się, że złowili już pierwsze halibuty i to ładne, poprzeczka została wysoko podniesiona i trudno będzie im dorównać.
Następny dzień wita nas wiaterkiem 6-7 m/s, pogoda raczej nas nie rozpieszcza, na szczęście nie posłuchaliśmy Jasia (Jans) i zabraliśmy kombinezony. Jasiu był przed nami na tej wyspie, w bazie na jej drugiej stronie, gdzie przyjechał z własną łodzią. Miał śliczną pogodę czego my już nie doświadczyliśmy, dla nas zostały tylko resztki tego co miał kolega.
Wypływamy na wodę, nasza łajba nie jest zbyt szybka ale dopływamy na łowisko i zaczynamy łowić pierwsze ryby, naszym łupem padają brosmy, duże ponad metrowe dorsze oraz pięknie wybarwione dorsze „kapustniki”.

Dołączona grafika


Dołączona grafika


Dołączona grafika

Prawie wszyscy z nas pobijamy swoje rekordy, niektórzy z nas, tak jak ja łowią pierwszy raz w życiu pewne gatunki ryb, wspaniale się bawimy i jesteśmy szczęśliwi, że możemy robić to co uwielbiamy.

Następnego dnia wieje jeszcze bardziej, fala spora a pogoda niepewna. Nie dajemy za wygraną, płyniemy dość blisko w osłonięte od wiatru części fiordów i obławiamy 25-35m blaty. Rybka nie wychodzi zbyt często i jest drobna, nie zrażeni tym robimy następne dryfy i szukamy rybki. Nasza mało wyrafinowana taktyka jednak przynosi efekty, mamy właśnie robić następny napływ gdy przy zwijaniu wędek Tadek czuje duże uderzenie na swoją Xzogę. Zacięta w toni ryba robi momentalnie odjazd do dna, kijek mocno się ugina a kołowrotek oddaje metr po metrze plecionkę. Na pokładzie wybucha drobna panika, zwijanie wędek, czyszczenie pokładu, szykowanie pętli na ogon, Krzysiek czujnie zasiada za sterami. Powoli Tadek odzyskuje przewagę nad rybą, pompuje , nawija, pompuje, nawija, jednak to nie koniec. Ryba ponownie odchodzi, tym razem z prawej burty ucieka na lewą a Tadek za nią, to co z takim mozołem nawijał znowu się rozwija. W końcu ryba powoli się poddaje, Tedi podciąga ją do burty, ja szybko zakładam pętlę na ogon a Krzysiek ją zaciąga. Szybka decyzja czy zabieramy rybę czy nie i osęka ląduje w pysku halibuta, teraz tylko troszkę wysiłku i halina jest już na pokładzie. Rybka ma 146 cm i waży ponad 43kg, może to nie potwór ale mała też nie, uciecha jest tym większa bo halina pokusiła się na Tadkowego "ZGREDA". Dodam tylko, że na kotwicę 3/0 która uleģła już nieodwracalnej deformacji - jednym słowem mało brakowało. Na szczęście mimo drobnemu deszczykowi cała akcja została uwieczniona na kamerce ale to już całkiem inna historia...

Dołączona grafika


Dołączona grafika

Tegoż samego dni, wypłynęliśmy jeszcze raz, tym razem na nocny pływ, tak jak myśleliśmy ponownie połowiliśmy sporych ryb, znowu poprawiliśmy swe rekordy i wróciliśmy do portu zmęczeni ale i w pełni zadowoleni.

Dołączona grafika


Dołączona grafika


Dołączona grafika


Kolejny dzień nie był dla nas łaskawy, sypało śniegiem, fiordy pokryła nieprzenikalna mgła a wszędobylski wiatr o sile 11-13 m/s wiał, wiał i wiał. Siedzieliśmy w bazie, czekaliśmy na dobrą pogodę , gadaliśmy o wszystkim i o niczym, a też znalazł się czas na jakiś „SAMOUMILACZ” czyli na to co tygryski lubią najbardziej.

Dołączona grafika


Dołączona grafika


Dołączona grafika

Znalazł się też czas na m troszkę nauki o filetowaniu, wraz ze Słodziakiem nagraliśmy film instruktażowy o sprawianiu halibuta. Jak tylko zbiorę się do kupy, zmontuję ten filmik i wstawię go na nasze forum, oczywiście po kolaudacji u Marka.

Kolejny dzień , też nie był bajeczny ale przed wieczorem wiaterek siadł na tyle by można było wyjść w morze. Oczywiście nie myśląc wiele ustaliliśmy ,że wypływamy, to była w zasadzie ostatnia szansa na wyjście z portu przed wyjazdem, pogoda nastepnego dnia zdecydowanie zmieniała się na gorszą. Zatem zgodnie obie części ekipy Polska i Norweska przeprowadziły tankowanie łodzi, graty na łajbę i w morze. Rybki trzeba było tycio poszukać ale się znalazła, na łajbie kolegów znalazł się między innymi 18kg dorsz i dwa halibuty. U nas też pokazały się piękne dorsze no i to na co ja czekałem od samego początku, przyszła kolej i na mnie, miałem swoją Halinkę ale zacznę od początku.
Kolejne dryfy i napływy, pływamy tycio inaczej niż koledzy z drugiej łajby , obławiamy bardziej stoki niż równe blaty. Kolejny dryf, mało co wyszło, już padło hasło do następnego napływu gdy coś ostro uderza w moja gumę, ostro wyciągnęło parę metrów pletki i stanęło. Powoli ciągnę w górę, po paru pompowniach znowu odejście ale bardzo krótkie, mam silne przeczucie że to nie dorsz, że to rybsko po które przejechałem 2500km. Niestety reszta załogi nie jest tego przekonana, raczej obstawiają duuuuużego dorsza ale nie Halinę. Na pokładzie panuje całkowity spokój, wszyscy spokojnie łowią, nikt nie zwija kijków, nie szykuje pokładu, nie mówiąc już o pętli na ogon. Ja powoli ciągnę rybę do góry, która jakoś nie okazuje zapału do walki, odejścia są 2-3 metrowe, zaczynam sam się zastanawiać czy to na pewno ta ryba o której marzyłem. Metr po metrze podciągam zdobycz do powierzchni aż w końcu widzę kolor w wodzie, nadal nie jestem pewien ale, ale jeszcze meterek i już wiem na 100% to ona – moja Halinka 
Z zadowoleniem oznajmiam to ekipie i wtedy się zaczyna, niestety nie walka z rybą ale raczej panika na pokładzie . Jeden nerwowo zwija swój kijek, drugi nadal patrzy z niedowierzaniem, dobrze że Tadek zatrybia, błyskawicznie się zwija, szykuje pętlę i rzuca się z pomocą. Staram się przytrzymać spokojnie rybę na powierzchni wody, jak najbliżej rufy, Tadzio zakłada pętlę, zaciska ale jakimś cudem pętla spada, halibut dostaje szału i schodzi pod wodę. Idzie pod łajbę , niestety tak niefartownie, że plecionka dostaję się pod śrubę mocującą drabinkę na rufie. W akcie desperacji rzucam się by ratować plecionkę ale niestety o ułamek sekundy za późno, halibut urywa się i odzyskuje wolność a ja z przekleństwami na ustach zostaję w samotnym cierpieniu na pokładzie 
Nic to, następnym razem nie zrobię ponownie popełnionych błędów.
Na pocieszenie trafia mi się ponad metrowy czerniak, ryba jest bardzo waleczna, na tyle że miałem nadzieję że to następny halibut. Tym razem załoga nie była już zaskoczona, postępowała tak jak powinna, pełne zgranie, niestety ryba inna ale nie ma tego złego.
To był mój następny rekord życiowy i jedyny taki wielki czarniak na pokładzie całej naszej wyprawy. Jeszcze jedną niespodzianką dla mnie było spotkanie morświnów, krótko ale odwiedziły nas, polowaliśmy na tej samej ławicy seja, doprawdy piękne ssaki :)

Dołączona grafika


Taki właśnie był ostatni nasz dzień łowienia, pogoda się zepsuła, łodzie trzeba było zdać i przyszedł czas wyjazdu. Porządki na kwaterze porobione, pakowanie i w drogę. Ekipa norweska ruszyła w stronę Tromso na lotnisku a my ku dalekiej Polsce, jeszcze tylko wspólna fotka na pokładzie promu i to byłby koniec tej wycieczki.

Dołączona grafika


Koniec łowienia ale nie koniec wycieczki. Nas czekała jeszcze droga do domu, droga której połowa była z samochód Krzyśka na sztywnym holu. Krzysia ten kawałek złomu kosztował jedyne1500 koron i zero pewności czy będzie pasował albo czy ktoś się do niego nie przyczepi.

Dołączona grafika


Dołączona grafika

Na szczęście hol pasował, udało się szczepić auta i powlekliśmy się w stronę Helsinek. Wydawać by się mogło, że wyczerpaliśmy naszego pecha ale niestety nie, w porcie okazało się ,że nie ma miejsca na promie i najbliższy wolny jest za dwa dni. Zabukowaliśmy go ale gdy po 32 godzinach oczekiwania okazało się , że możemy wjechać na pokład innego promu, szybko to zrobiliśmy. Straciliśmy troszkę kaski ale zapewne uratowaliśmy rybkę wiezioną do domku 
Tak oto zakończyliśmy naszą wyprawę, rezultat to , sporo zabawy, troszkę nerwów, nowe rekordy rybek, 11 złowionych halibutów w tym 9 wypuszczonych ( jeśli oczywiście zaliczycie mi mojego… )

Wynik to:

Tadek (Tleilax ) - 146 cm
Wojtek (Rapala) - 120cm, 122cm i jakiś mały był chyba 80cm
Rafała (Hero) - 164 cm , 100cm i 124 cm oraz 140 cm
Marek (Słodziaksos) - 50 cm i 115cm
No i mój, podobny do Tadziowego, był przy burcie więc chyba zaliczony…


PS:
bardzo proszę o poprawienie ewentualnych błędów ale mam nadzieje że wszystko się zgadza :)

Czytaj artykuł →    1 komentarzy    *****

Za dorszem w Krainie Śniegu – Loppa 2014

21 maj 2014 12:53 | Tomek M. w Artykuły

Za dorszem w Krainie Śniegu – Loppa 2014 (relacja z wyprawy trwającej od 26 kwietnia do 8 maja 2014 r.)



Wstęp

Już nie mogę się doczekać soboty 26 kwietnia. Rok temu Piotr nieśmiało zaproponował wyjazd do Norwegii na dorsze. Pomysł się spodobał. Okazało się, że nie ma problemu z zebraniem załogi. Chętnych nie brakowało. Jako pomysłodawca i doświadczony norweski łowca, rozesłał wici i na zasadzie kto pierwszy ten lepszy zgłosiłem się razem z Darkiem. Wszak ile można wyciągać nasze bałtyckie bolki? Nie żebym miał coś przeciwko nim – ale poczuliśmy już smak wielkiej przygody.
Od sierpnia trwało gromadzenie sprzętu. Wiecie jak to jest – a co ja właściwie mam tam zabrać? Jakie wędki, jakie kołowrotki, przydadzą się jakieś przywieszki? Na co się łapie halibuty? Na szczęście Piotr służył dobrą radą i doświadczeniem. On był w tej lepszej sytuacji, gdyż jego sprzęt z dwóch wcześniejszych wypraw wymagał jedynie drobnych uzupełnień. Ale i tak musiał się pogimnastykować – miał zadanie zorganizować zestaw startowy dla Mirka i Kaia. To nasi muszkarze. Niedaleko naszego domku w Sor Tverrfjord przepływa potok, w którym żyją palie. Nie samymi paliami człowiek jednak żyje, więc i oni potrzebują jakiś masywniejszy sprzęt na dorsze i czarniaki.
W lutym zorganizowaliśmy spotkanie organizacyjne. Okazało się, że właściwie wszystko już ustalone. Wcześniej każdy zajął się przydzielonym zadaniem – bilety na prom zarezerwowane, pobyt opłacony, postój w Lulei załatwiony. Pozostało jedynie wypić jakieś piwko pod te wszystkie ryby, jakie zamierzamy złapać. Z tego względu następnego dnia miałem dzień kuchni japońskiej – dominowało sushi.
Tak mijał czas do marca. W kwietniu każdy już właściwie dysponował wszystkimi przydatnymi gadżetami. Pora załatwić jeszcze karty ubezpieczenia zdrowotnego w NFZ, spakować wszystkie te skarby i… czekać. Co my tu jeszcze robimy? Jedźmy wreszcie!
No tak, żarcie. Każdy ma przygotować jeden obiad. Robię dobre gołąbki, ale ktoś mnie ubiegł. Pomyślałem, że może w takim razie pierogi. Chłopaki zaczęli jednak kręcić nosami, że za mało mięsa i że w ogóle pierogi są do bani. Jak tak, to będą klopsy w sosie koperkowym. Poza tym odwiedziliśmy pobliski market szykując zapasy jak na wojnę – ryż, kasza, makaron, olej, mąka i takie tam. W końcu osiem osób przez 12 dni musi coś jeść. Był oczywiście pomysł, żeby jeść wyłącznie ryby, które złapiemy. Ale co by się stało, gdyby sztorm trwał przez cały nasz pobyt? Już widzę te nagłówki w miejscowej prasie – „Obóz kanibali napadł na miejscową społeczność”, „Makabryczna wyprawa polskich wędkarzy” itp.
Ostatnia prognoza wskazuje, że największym zagrożeniem wyprawy może być pogoda. Nadejdzie niż, za nim ze dwa fronty atmosferyczne i sztorm może potrwać z tydzień. Dobrze, że sprzyjać nam będzie ukształtowanie terenu – wejścia do fiordu bronią wyspy Maroya i Silda. Pocieszam się tym, bo dzięki temu jest cień szansy, że przy paskudnej pogodzie można będzie gdziekolwiek wypłynąć.
Kompletując sprzęt na wyjazd nabyłem to i owo. Mam więc mocną wędkę Penna typu interline – to na halibuty (50 lbs). Piotr polecił z kolei wędkę od spro z ciężarem wyrzutowym do 450 gr. A poza tym coś smuklejszego – kijaszki, z których korzystam na Bałtyku. Na zakończenie – mój szczupakowy spinning. Szczupłych co prawda nie spodziewam się tam spotkać, ale sami wiecie – trzeba być przygotowanym na wszystko?. Pewną ekstrawagancją jest multik z licznikiem wysnutej linki. Liczę, że się sprawdzi. Po powrocie będę go wykorzystywał do trollingu w wodach Zatoki Gdańskiej. Mam zamiar kiedyś się za to zabrać. Do tego trochę większych pilkerów, kilka przywieszek na grubego zwierza, coś na karmazyny, zestawy na halibuta, trochę dużych gum – z uzbrojeniem i bez, główki jiggowe, haki, kotwice, kółka, krętliki, agrafki i mnóstwo innego dobra. Mam też materiał do robienia własnych przyponów – na wypadek gdyby kupne nie zdały egzaminu.
Po zebraniu tego wszystkiego w jednym miejscu sam się przeraziłem. Jak ja to zapakuję? A gdzie się zmieszczą ciuchy? Pod tym względem muszę nad sobą solidnie popracować.
Na szczęście jedziemy z Polski dwoma autami – połowa składu vw sharanem, Darek i ja – loganem kombi. Daćka pieszczotliwie zwana przez Darka brzydactwem jest nadspodziewanie pojemna. Wyruszamy z Bydgoszczy, przez Sassnitz, promem do Trelleborga. Stamtąd już blisko do Landskrony. Zostawiamy dacię i razem z Mirkiem i Kaiem dalszą podróż odbędziemy alhambrą. Bycie muszkarzem jest fajne – nie wiedzą co to góry sprzętu. Wystarczy kilka rzeczy i już jest zabawa.
Kolejny odcinek to około 1500 km z Landskrony do Lulei. Zostanie nam jeszcze 700 km do Oksfjordu. Wsiadamy na prom i dwie godziny później jesteśmy na miejscu. Proste, nie? Za to droga powrotna będzie wyzwaniem – 2800 km ciurkiem. Wujek Google podaje, że zajmie to jakieś 36 godzin. Damy radę. W końcu nie możemy pozwolić by ryby się rozmroziły!
Rozważać też można było pozostałe warianty z przeprawą promową do Szwecji (Świnoujście/Ystad, Gdynia/Karslkrona, Gdańsk/Nynashamn). To ostatnie jest najwygodniejsze – najkrócej na kołach, a podczas dłuższego rejsu można wypocząć. Alternatywę stanowią trasa przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię, a także najdłuższa trasa wiodąca wyłącznie lądem wokół Sankt Petersburga. Ale jak na razie najtaniej można się przeprawić właśnie z Sassnitz. Poza tym w Landskronie przesiadamy się do samochodu Mirka.
Dzień przed wyjazdem trwają ostatnie przygotowania. Samo pakowanie to przy tym pikuś – trzeba dopiąć wszystko w pracy, kupić pieczywo, warzywa. Pozostaje też zatankować, wrzucić graty na pakę i wio!


Dzień pierwszy

Zgodnie z planem wyruszamy o 8.45. Przepastny bagażnik Daćki wzbudza uznanie. Jako pierwszy siadam za kierownicą. Bez pośpiechu łykamy kolejne kilometry. Dzięki CB odnajdujemy na trasie ekipę z drugiego auta. Zatrzymali się na leśnym parkingu na krótki popas. Mając nieco wolniejszy samochód postanawiamy jechać dalej – i tak nas dogonią. Jeszcze tylko ostatnie tankowanie po polskiej stronie i wjeżdżamy do Niemiec. Jazda autostradą jest wyraźnie przyjemniejsza. Do przodu jest ok, ale zakręty (brak wspomagania), a zwłaszcza wyprzedzanie trzeba dobrze planować. Dobry humor psuje niespodziewanie wiadomość z przeprawy promowej. Okazuje się, że coś nie tak jest z naszą rezerwacją. Helga z okienka uprzejmie acz stanowczo nie wpuszcza nas za szlaban. Musimy kupić bilet. Przez cały weekend wszystko podobno zarezerwowane. Pozostaje jedynie liczyć na czyjegoś pecha. Na szczęście są jeszcze wolne miejsca.
Przeprawa trwa około 4 godzin. Przed 22.00 lądujemy u Mirka. W dobrych humorach udajemy się na spoczynek.


Dzień drugi

W niedzielny poranek zabieramy się za przepakowanie gratów z Daćki. Robota sprawnie idzie. Sporą część bagażnika samochodu zajmuje skonstruowana przez niego skrzynia ze styrofoamu. Przyda się do transportu filetów. Na razie lądują w niej wszelkie artykuły spożywcze i luźne drobiazgi. Oba auta i tak są zapakowane po sam dach. Najwygodniej mają kierowca i pasażer po jego prawej. Chętnych na te miejsca więc nie brakuje. Po obiedzie (podwójna pizza extra large) ruszamy na północ. Czeka na całonocna trasa do Lulea. Droga do Sztokholmu wiedzie przez malownicze nizinne tereny rolnicze Skanii. Niepostrzeżenie pola uprawne ustępują lasom. Po drodze mijamy jezioro Wetter – drugie co wielkości w Szwecji sięga 128 m głębokości. Ledwo widać drugi brzeg. Jedno z tych jezior, które nie wymagają w Szwecji wykupienia licencji na wędkowanie.
W dobrych humorach mijamy Sztokholm. Wraz ze zmrokiem czuć, że jest chłodniej. Niestety, z nadejściem poranka to uczucie będzie już nam stale towarzyszyć. Wiosna w pełnym rozkwicie została na południu. W nocy dojeżdżamy do Sundsvall. Wygodna autostrada ustąpiła nieco węższej drodze. Część ekipy śpi w najlepsze. Znowu mam dyżur za kółkiem. To taka moja godzina duchów – bez snu moje zapasy energii topnieją w oczach. Szkoda, że w wyposażeniu dodatkowym samochodu nie ma autopilota! Wkrótce jednak zmienia mnie Mirek. I tak nie mogę zasnąć. Pozostaje mi jedynie podziwiać widoki. Już o tej porze roku na tej szerokości geograficznej ciemności nie trwają zbyt długo. W pobłyskującej tafli Zatoki Botnickiej odbijają się skaliste wzgórza porośnięte ciemnym lasem świerkowym. Magiczny widok!


Dzień trzeci

Około 7.30 docieramy na camping w Lulea. Od naszych domków na brzeg morza jest jakieś 30 m. Po cichu chyba każdy marzył by po odespaniu pospinningować w wodach Zatoki. Woda tu jest najmniej zasolona w całym Bałtyku. Nie dziwią więc ryby słodkowodne. Fajnie byłoby wytargać jakiegoś szczupca!
Pomimo masy sprzętu nie byliśmy jednak należycie przygotowani. Wodę skuwała gruba warstwa lodu. Z wędkowania zatem nici. Do 17.00 powinniśmy zwolnić domki – mamy więc sporo czasu by odespać przebytą podróż i nabrać sił przed dalszą drogą. Szybki prysznic i smaczny posiłek podnoszą morale. Ruszamy więc w dalszą drogę. Czeka nas przeprawa przez Laponię.
To ciekawe miejsce. Drzewa stają się coraz niższe. Dominują brzozy i niewielkie sosny. Oprócz łosi łatwo spotkać renifery. Trzeba uważać, bo droga staje się wąska. Wije się malowniczo pośród wzgórz polodowcowych. Wspomniane zwierzęta pasą się na poboczach. Nie boją się aut. Jednocześnie nie tak łatwo je wypatrzyć – zlewają się z otoczeniem, a zapadający zmierzch nie ułatwia zadania. W pobliskim młodniaku pożywia się jeden łoś. Aż skóra cierpnie jak pomyślę, jakie mogą być skutki kolizji z takim zwierzęciem – dwa metry w kłębie i 400-600 kg. Najcięższy miał podobno ponad 800 kg. Potęga na czterech kopytach. Ma też słaby wzrok. Nie wydaje się także zbyt płochliwy. W sumie – niebezpieczna mieszanka.
Mijamy kolejne miasteczka. Przypominają nieco Cicely z Przystanku Alaska. W każdym obowiązkowo jakiś tartak, szerokie ulice, niska drewniana zabudowa i brak ludzi. Skojarzenia same się nasuwają?. Ciekawe jak smakuje burger z renifera?
Przy drodze piętrzą się coraz większe zaspy śniegu. Koło podbiegunowe północne już daleko za nami. Zima w pełni. Wpierw zaczyna padać deszcz, przechodzący następnie w deszcz ze śniegiem, śnieg z deszczem, aż wreszcie – śnieg. Za oknem monotonne łagodne wzgórza ustępują nagle ponurym skałom. Wzdłuż drogi wije się potok. Niemal pionowe ściany wąwozu robią niesamowite wrażenie. Górski krajobraz wkrótce łagodnieje. Pojawia się więcej domostw. Wreszcie drzewa odzyskują normalne rozmiary, a wszystko za sprawą odległego Golfstromu. Zimą na wybrzeżu temperatura jest podobna do tej w Polsce. Jednak już po drugiej stronie Gór Skandynawskich mrozy regularnie przekraczają minus 30oC. Brr!


Dzień czwarty

Dobrze po północy dojeżdżamy do Alta. Tankujemy i śmigamy do Oksfjordu. Ostatnie 120 km pokonujemy wąskimi drogami. Po drodze przejeżdżamy przez kilkukilometrowy tunel. Nie brakuje ich w całej Norwegii. Nagle w wodach fiordu pojawiają się tajemnicze kształty. To delfiny. Zawsze mi się kojarzyły z ciepłymi morzami. Próbuję je uchwycić okiem kamery. Niestety słabe oświetlenie i brak statywu robią swoje. Kino wyłącznie dla wyrozumiałych, ale widać jakieś płetwy więc jestem zadowolony.
Około 3.00 nad ranem docieramy na przystań promową. Wschód słońca pozwala cieszyć się wspaniałymi widokami. Kilka domków przyklejonych na małym skrawku płaskiego lądu u stóp piętrzących się nieopodal gór. Coraz silniejszy wiatr przegania na chwilę chmury i nieśmiało wyziera słońce oświetlając jeden ze szczytów na przeciwległym brzegu fiordu.
Prom odpływa o 11.00. Mamy więc sporo czasu. Chłopaki postanawiają obmacać nabrzeże w porcie lekkimi jigami. Chciałem pospać ale kręgosłup odmawia mi posłuszeństwa. Czas rozprostować nogi. Uzbrojony w kamerę postanawiam sfilmować to i owo. Uchwyciłem jak Piotr łapie małego dorszyka, potem wyciąga czarniaka. Mały, ale łowi od kwadransa i już ma 2 sztuki. Chwilę później Andrzej wyciąga czarniaka około 45 cm. Ten ma pecha i trafi na patelnię. Widząc te cuda wracam prędko do auta po swój kijek. Tymczasem chłopaki złapali jeszcze kilka wymiarowych czarniaków. W poczekalni są warunki do przyrządzenia ciepłego posiłku. Darek i ja szybkim krokiem zmierzamy za to do portu. Po kilku rzutach każdy melduje kontakt z rybą. W godzinę obaj mamy po kilka >50 cm czarniaków. Na szczupakowym kijku chodzą jak marzenie. Wiedziałem, że się przyda. Poczułem też przedsmak wielkiej wędkarskiej przygody!

Dołączona grafika

Dołączona grafika

Dołączona grafika


Widząc nadpływający prom porzucamy łowisko i wracamy do samochodów. Norwegom się jakoś nie spieszy – wydaje nam się, że załadunek trwa wieki. Samochodów wielu jednak nie ma i wkrótce odbijamy. Krajobrazy za oknem zmieniają się powoli. Z morza wzbijają ośnieżone szczyty. Po dwóch godzinach dobijamy wreszcie do Sor Tverrfjordu. U podnóża majestatycznej góry znalazło się miejsce dla kilku domostw, jednego skrzyżowania, przystani, sklepu, stacji benzynowej, budynów przetwórni rybnej. Przez tydzień to będzie nasza baza.

Dołączona grafika

Dom jest stosunkowo niewielki, ale bardzo funkcjonalny. Z okien rozpościera się widok na fiord. Szybko się rozpakowujemy. Do przystani mamy przysłowiowy rzut kamieniem więc idziemy obejrzeć nasze łódki. Solidne metalowe poszycie, około 6 m długości i 60-konny silnik Yamahy dobrze wróżą.

Dołączona grafika

Łodzie są zatankowane pora zatem ruszyć na łowisko. Część ekipy była już tu wcześniej. Łatwo namierzamy więc stare miejscówki. Łodzie są wprawdzie wyposażone w echosondy z ploterem map, jednak samo działanie sondy pozostawia nieco do życzenia. Zapisy są bardzo niedokładne. Szybko okazuje się, że mamy brania w miejscach, w których nie było żadnych odczytów. Za to mapy zasługują na uznanie. Wziąłem ze sobą własną echosondę. Wysokie burty łodzi uniemożliwiają jednak montaż standardowego uchwytu. Trudno. Na szczęście w kastach lądują zgrabne dorsze. Pogoda wprawdzie uniemożliwia wypłynięcie z fiordu, wielkiej szkody jednak nie ma. Łapiemy dorsze, wpadają brosmy. Pojawia się też pierwszy zębacz. Trochę czytałem na temat ryb występujących w Norwegii, przeglądałem filmy na Youtubie i mogę potwierdzić, że faktycznie to brzydal jakich mało! Niestety spina mi się przy samej burcie.
Dzisiejszy wynik nie oszałamia, ale w dobrych nastrojach wracamy do bazy. W dawnej przetwórni jest stanowisko do sprawiania ryb. Ostatnio babrałem się w rybich flakach we wrześniu na szczupakach w Szwecji. Nigdy nie przepadałem za tą częścią wędkarskiego rzemiosła, trzeba się więc było szybko szkolić. Dobrze po północy jemy kolację i zmęczeni udajemy się na spoczynek.


Dzień piąty

Pogoda nas nie rozpieszcza. Spadł śnieg, zrobiło się chłodniej. Morze nadal nie umożliwia wygodnego wędkowania. Ponownie udajemy się więc w głąb fiordu. Pogoda szybko się zmienia i nagle zaczyna się zamieć. Na szczęście mam gogle narciarskie. Tylko nos mi wystaje. Mądrość ludowa głosi, że na rybach nigdy nie jest zbyt zimno – najwyżej wędkarz jest źle ubrany.

Dołączona grafika

Wędkarsko nadal bez rewelacji. W porównaniu jednak z tym co znamy z Bałtyku i tak jest bogato. Trafiam wreszcie swego zębacza. Wydaje się całkiem spory. Hol z ponad 80 m chwilę zajął. Teraz tylko trzeba go ostrożnie zdjąć z kotwicy pilkera. Potężne zęby budzą respekt. Służą do rozłupywania skorupiaków i jeżowców. Ma około 1 m – idealnie mieści się w kaście. Pojemnik zaczyna zapełniać się kolejnymi rybami. Cenimy smaczne dorsze, wypuszczamy natomiast brosmy. Dzielnie walczą i dostarczają sporo radości podczas holu, jednak ich skórę pokrywają niezbyt estetyczne parchy i bąble. Niestety, ryby te źle znoszą gwałtowną dekompresję i wkrótce stają się łupem mew.
Wiatr i śnieg zacinający w twarz wysysają siły. Chwilę wytchnienia przynoszą okresy przejaśnień. Widoczność sięga wtedy kilkuset metrów. Decydujemy się spłynąć do bazy na gorący posiłek. Po jedzeniu morale zdecydowanie wzrasta więc wracamy na łowisko. Jak mówi stare przysłowie pszczół – dorsz do dorsza i będą dwa dorsze. Wieczorem czeka nas sporo filetowania. Każda łódź ma przydzieloną wielką zamrażarkę. Czy uda się je zapełnić?


Dzień szósty

Tracę powoli rachubę czasu. Codzienny rytm wyznaczają wspólne posiłki. Apetyt mi naprawdę dopisuje. Dobrze, że nasze łodzie mają naprawdę sporą wyporność.
Świeży śnieg zalega na ganku. Jest dość pochmurno. Mimo to jest szansa, że dziś będą przejaśnienia. Faktycznie wkrótce poranek rozjaśniają pierwsze promienie słońca.
Wypływamy obiema łodziami licząc na brania samych wymarzonych ryb. Nie mija kilka minut i na wędce Mirka melduje się pierwszy okaz. Na naszej łodzi też coś wyciągamy. W tym czasie wiatr przegania ostatnie ciemne chmury i nagle świat pięknieje. Czułem się w obowiązku uwiecznić tę chwilę. Przeczucie podpowiadało mi, że dziś będzie TEN dzień. Padnie jakaś rekordowa sztuka. Będą zdjęcia, kamery, wywiady… Ups! Troszkę się rozpędziłem. I stotnie, obławiając płaski blat na 60 m wędka Jacka wygięła się w pałąk. Chłopak stęknął i jasnym się stało, że jakiś klamot uwiesił się pilkera. Ryba zaczęła gwałtownie dołować. Widać, że ciężko było oderwać ją od dna. Kij trzeszczał, hamulec kołowrotka czekała ciężka praca. Ryba ostro walczyła. Co chwilę ściągała dopiero co zwiniętą plecionkę. Wreszcie Jacek zawyrokował – to chyba halibut. Ryba zaczynała swe charakterystyczne odjazdy. Walka trwała w najlepsze. Uznałem, że to najlepszy moment by uwiecznić wiekopomną chwilę. Darek stał z osęką gotowy do działania, a ja gorączkowo wyciągałem zgrabiałymi z zimna palcami aparat fotograficzny. Na szczęście zdążyłem. Zacięta za pysk ryba wyszczerzyła zęby i wkrótce wylądowała na pokładzie.

Dołączona grafika

Istotnie to był halibut. Po zważeniu okazało się, że ma 17 kg. Na moje oko liczył jakieś 120 cm. W całym tym zamieszaniu nikt nie mierzył zdobyczy!
Tego dnia szczęście nam dopisywało. Każdy wytaśtał po kilka ładnych dorszy. Najładniejszego Darek – po zważeniu okazało się, że ma 11 kg. Ogólnie cały wyjazd nie obfitował w jakieś nadzwyczajne okazy. Ryb było dużo, większość w przedziale od 5 do 8 kg, ale rekordów nie było nam dane pobić. Okazało się, że niektóre dorsze mają jeszcze ikrę! Czarniaków niemal nie uświadczyliśmy. Te, które udało się złapać mierzyły w porywach do 45-50 cm. Na nie było zdecydowanie jeszcze za wcześnie. Mimo to do zamrażarek codziennie trafiała kolejna porcja filetów. Wkrótce doszedłem do jako takiej wprawy w sprawianiu ryb. Ale i tak lądowaliśmy w domku po 22.00. Kolacja, gorący prysznic i do wyrka…

Dzień siódmy i ósmy

Kolejny dzionek znowu nie rozpieszczał pogodą. Wiało, dmuchało, padało – generalnie gnój z widłami z nieba leciał. Jako urodzeni twardziele daliśmy jednak radę niepogodzie. Upór i wytrwałość zostały rychło nagrodzone. Nazajutrz pogoda zmieniła się diametralnie – wyjrzało słońce. Wreszcie mogłem pstryknąć parę fotek i zrobić kamerą kilka ujęć kolegów w trakcie wyciągania co ładniejszych sztuk.
Tego dnia padł chyba rekord w ilości wyciągniętych brosm. Mewy miały używanie! Odnaleźliśmy wreszcie dobre miejscówki więc kasty szybko się zapełniały. W pewnym momencie trzeba było przystąpić do operacji Krwawa Jatka – szybkie patroszenie i zyskaliśmy dodatkowe miejsce. Za to na pokładzie zrobiło się paskudnie. Na szczęście nie jestem zbyt wrażliwy. Przyszło mi za to jednak zapłacić ostatniego dnia podczas klarowania łodzi. Zaschnięta krew zeszła dopiero w kontakcie z octem i szczotką ryżową?.
Na drugiej łodzi chłopaki przyjęli inną taktykę – próbując trollingu polowali na halibuta. Efektem był jeden trafiony przez Andrzeja. Piotrek też miał kontakt, niestety mógł jedynie obejść się smakiem. Tuż pod powierzchnią zgrabny hali mu się zerwał, łypnął okiem, machnął płetwą i odpłynął.

Dołączona grafika

Na naszej łodzi dominowało za to parcie na wynik ilościowy – zgodnie uznaliśmy, że interesuje nas by złapać króliczka, a nie jedynie by go gonić. Po kolacji, wspólnie z Darkiem, Andrzejem i Piotrem wybraliśmy się na wody wokół Maroyi. Zbliżała się 22.00 i w wąskich cieśninach wokół wyspy woda zaczęła się pienić – zaczynał się odpływ. Każdy zaliczył kontakt z rybą. Darek zaczął znowu wyciągać kolejne brosmy. Popłynęliśmy w kierunku pobliskiej farmy rybnej – tam powinno być łatwiej o zdobycz. Silne pływy i liczne zaczepy skłoniły nas jednak do zmiany miejscówki. Brak wyraźnych efektów i późna pora zmusiły nas wkrótce do odwrotu. Noc jako taka właściwie nie zapadała. Wprawdzie słońce chowało się za widnokręgiem, jednak nadal było widno zaś otaczające fiord góry rozjaśniał pokrywający je śnieg.
Jedyną sztukę zabraną z łowiska przeznaczyliśmy na bieżące spożycie. Koło przetwórni odkrywamy, że przybyli niedawno wędkarze z Rosji i Łotwy pozostałości po patroszeniu ryb wyrzucają bezpośrednio z pomostu. Naszej właścicielce się to na pewno nie spodoba. Przezroczysta warstwa wody nie jest w stanie ukryć rozmiarów tego procederu. Trup słał się gęsto! Zauważyliśmy, że do wiader z solanką trafiają chyba wszystkie, niezależnie od wymiarów, wyjęte przez nich ryby, w tym zwłaszcza brosmy, plamiaki i czarniaki. Obie ekipy dysponowały większymi łodziami z zadaszoną kabiną. Co dzień udawali się na dalej położone miejscówki. Zauważyliśmy, że wyciągnęli też całkiem sporo naprawdę ładnych dorszy. Widać, że na otwartym morzu łatwiej o większe sztuki. Niestety, te były poza naszym zasięgiem…

Dzień dziewiąty
Bałagan pozostawiony przez naszych kolegów ze Wschodu miał jedną zaletę – resztki zwabiły w to miejsce rozgwiazdy. W naszej łazience wkrótce zapełniło się od pociesznych małych gości. Dzieciaki się ucieszą!
Ten dzień zaczęliśmy leniwie – zaplanowaliśmy wypad obiema łodziami na płycizny wokół wyspy Silda. Własnoręcznie zmontowaliśmy supermocne przypony stalowe na halibuty, szybki przegląd ekwipunku, tankowanie zbiorników i ruszamy. Świeci wspaniałe słońce – zupełnie jakby Loppa chciała zrekompensować nam wcześniejszą niepogodę.

Dołączona grafika

Płyniemy około godziny. Wreszcie pełni nadziei wyciągamy wędki. Łodzie nie posiadają wind trollingowych. Nie pozostaje nam nic innego jak tradycyjna dorożka. Nie mija parę minut i Andrzej wyciąga pierwszego dorsza. Z Jackiem i Darkiem eksperymentujemy zakładając coraz to inne przynęty. Każdy ma chyba swojego kilera – tajną broń. Niestety bez sukcesów. Według zapewnień Piotra podczas obu wcześniejszych wypraw w tym rejonie padały ładne halibuty. Trudno nam jakoś w to uwierzyć. Po 4 godzinach bez kontaktu z jakąkolwiek rybą odpuszczamy. Postanowiliśmy wrócić na naszą dorszową miejscówkę. Jakieś fatum jednak nad nami zawisło i poza brosmami niczym szczególnym nie mogliśmy się tego dnia pochwalić. Bez większego smutku spłynęliśmy do bazy. W końcu kasty były już pełne, a ręce bolały od wyciągniętych ryb! Wieści z drugiej łodzi były nieco bardziej optymistyczne – padło kilka dorszy, a Andrzej wyciągnął jakieś malutkie halibuty (poniżej 5 kg).

Dzień dziesiąty

Mając przed sobą wizję długiej podróży powrotnej postanowiłem wykorzystać ostatni dzień na leniuchowanie. Postanowiłem spakować ekwipunek, przesmarować kołowrotki, zmyć sól z wędek. Zabrałem się też za klarowanie naszej Krwawej Mary. Jak wcześniej wspominałem, usuwanie krwi zaschniętej na pokładzie z ryflowanej blachy było naprawdę uciążliwe. Zapas octu zabranego z kraju wreszcie się przydał. Połowa składu wybrała się jednak na połów. Wrócili na obiad w niezłych humorach. Reszta zażywała relaksu przy kawce.
Popołudnie minęło nam za to pod znakiem wielkiego sprzątania i pakowania. Nie muszę chyba wspominać co się dzieje, gdy osiem osób w tym samym czasie musi się znaleźć w dwóch miejscach na raz, taszcząc przy tym torby, skrzynie, tuby i resztę majdanu! Samochody wydały się jakieś takie małe. Jak my zmieścimy urobek w postaci góry filetów?!
A jeszcze trzeba sprzątnąć cały dom, tak by rankiem wystarczyło jedynie przetrzeć korytarzyk i zatrzasnąć drzwi. Każdy wziął się do roboty i wkrótce było widać pierwsze efekty. Właścicielka domku odebrała łodzie nie czyniąc zastrzeżeń. Postanowiła nam też zaufać i pomimo ogólnego rozgardiaszu zwróciła także kaucję za dom. Widocznie nie uśmiechało jej się wstawać o piątej by zdążyć przed naszym odjazdem. W tej sytuacji nie mogliśmy zawieść jej zaufania i wieczorem było już całkiem znośnie.

Dołączona grafika


Dzień jedenasty

Dziś wyjeżdżamy. Pobudka o 4.00. Prysznic, mała kawa i czas zagęszczać ruchy. Znosimy ostatnie bambetle i jedziemy do przetwórni po ryby. Okazuje się, że w naszym seacie zamarzł ręczny. Auto stoi jak wryte. Hmm, nieźle się zaczyna… W końcu udaje się ruszyć je z miejsca. Jakimś cudem upychamy kasty z rybami w autach i jedziemy na przystań. Prom już czeka. Po drodze szybkie tankowanie i wjeżdżamy na prom do Oksfjordu. Po dwóch godzinach pierwszy etap już za nami. Z promu schodzą dzieci udające się do szkoły – bus już czeka. Jeszcze 120 km i będą w szkole. Lekko licząc pobudka o 5.00, dwie godziny na promie, dwie w busie i siedzą już w ławce. Nie zazdroszczę, naprawdę. A ja stękałem, że całe życie miałem do szkoły pod górkę!
W Alta uzupełniamy zapas paliwa pod korek i uzgadniamy, że zaryzykujemy przewiezienie ładunku. Może się uda?!
Z coraz większym niepokojem zbliżamy się do granicy. Słowo się rzekło – na pewniaka ładujemy się na zielony pas. Nagle zapala się czerwone i z budki wychodzi celnik. Mirek zagaduje po szwedzku – oba języki są ponoć bardzo do siebie podobne. Pobożne życzenia nie zadziałały i musimy zjechać na bok. Zaczyna się spektakl pod tytułem kontrola celna, którego dawno nikt z nas nie uświadczył. Pamiętam jak w 1997 r. przekraczając granicę fińsko-norweską po prostu przejechaliśmy białą linię. Za całą infrastrukturę wystarczały dwa maszty z flagami obu państw. Żadnych celników, zawracania głowy. Człowiek szybko się przyzwyczaja do dobrego. Dlatego takim szokiem było to, co nas teraz spotkało.
Gość z miłym uśmiechem zważył nam wszystkie ryby, podzielił przez liczbę pasażerów każdego samochodu i po stwierdzeniu, że przekraczamy dozwolony 15 kg limit, oznajmił, że konfiskuje nadwyżkę. Wisienką na torcie była wizja sporego mandatu.
Życie to niejebajka, tojebitwa. Wystawianie mandatu trwało 3,5 godz. Lżejsi o parę tysięcy koron i górę filetów jedziemy dalej. Humory wyraźnie się spieprzyły. Nikomu nie jest do śmiechu, jednak liczyliśmy się z tym. Plusem będzie na pewno mniejsze zużycie paliwa, mamy też więcej miejsca w aucie.
Po czasie nachodzi mnie refleksja – Norwegia to dziwny kraj. Mają się czym pochwalić, potrafią przyciągnąć turystów, ale z zachęceniem ich do powrotu wyjątkowo im nie poszło. Dopuszczalny limit można przy odpowiedniej dozie szczęścia przekroczyć zaledwie jedną/dwiema wyciągniętymi rybami. Uważam, że niecelowa jest trwająca dwa dni podróż w jedną stronę, by w niespełna jeden dzień wyrobić limit. Jaki jest sens łowić ryby by następnie wyrzucić je za burtę, gdzie padną łupem skrzydlatych rozbójników? Jeszcze nie widziałem dorsza, który jest w stanie przeżyć hol z głębokości kilkudziesięciu metrów. Alternatywa dla etycznego wędkarza – przestać łowić. A tu proszę – zabrane ryby trafiają do utylizacji. Sensu w tym nie ma żadnego. Czego się jednak spodziewać po kraju, który zabójcę 72 osób właśnie wypuścił na pierwszą przepustkę!
Zżymam się, ale kiedyś mi przejdzie. Na razie jednak ostrzegam wszystkich, którzy się wybierają na ryby do krainy fiordów, by dobrze się zastanowili, zanim zdecydują się przekraczać granicę z więcej niż dozwoloną ilością ryb. Kary są dotkliwe, a konfiskata potrafi złamać najtwardszych. Jak pomyślę o godzinach spędzonych na filetowaniu… Żal dupę ściska. No cóż, byliśmy chciwi i pazerni i mamy za swoje.
Następną wyprawę odbędziemy w jakieś mniej stresujące rejony.
Tymczasem na koła nawijamy kolejne kilometry. Na poboczach pasą się pojedyncze renifery. Umaszczenie tych zwierząt zlewa się z otoczeniem. Nie są płochliwe, zachodzi więc niebezpieczeństwo, że któryś wylezie wprost pod koła. Ostrzegamy przez CB załogę w drugim aucie. Ostatnie czego nam trzeba, to potrącić takiego zwierzaka.
Nie mamy nigdzie zaplanowanego miejsca na dłuższy odpoczynek. Jeszcze w Finlandii robimy zakupy w markecie – świeże pieczywo, kilka drobiazgów, plastikowe sztućce. Posilamy się niemal w locie na parkingu koło sklepu i ruszamy dalej. Kolejne osoby zmieniają się za kółkiem. Jazda staje się monotonna i nużąca. Znowu mój dyżur wypada w nocy. Daję radę do około drugiej w nocy. Andrzej jedzie przede mną. Widzę, że zaczyna myszkować po drodze. Wywołany przez radio z ulgą przyjmuje propozycję krótkiego postoju. Parę łyków napoju energetycznego daje krótkotrwałe poczucie rześkości. Potem znowu powieki stają się ciężkie. Przed piątą zmienia mnie Mirek. Wskakuję to tyłu i z ulgą zamykam oczy.


Dzień dwunasty/trzynasty

Rankiem przejeżdżamy przez Sztokholm. Akurat zaczyna się poranny szczyt – wszyscy jadą do pracy. Szwedzi jeżdżą ostrożnie, ale czasami wyjątkowo bezmyślnie. Potrafią bez wcześniejszej sygnalizacji wskoczyć dosłownie przed twój zderzak by następnie w ślimaczym tempie wyprzedzić jakąś ciężarówkę. Poza tym nie spotykamy się z żadnymi drogowymi ekscesami. Może dlatego mają tak mało poważnych wypadków?
Do Landskrony mamy jeszcze spory kawałek. Według nawigacji powinniśmy zdążyć na popołudniowy prom. Pod domem Mirka przepakowujemy znowu auta. Jest jeszcze czas na prysznic i herbatkę. W końcu nadeszła pora pożegnań. Co ja mówię! Przecież jeszcze się zobaczymy! Wyściskaliśmy serdecznie naszych Szwedów i ruszyliśmy do Trelleborga.
Rejs promem minął w mgnieniu oka. Przymknąłem oko na jakieś piętnaście minut – sił powinno starczyć do samej Bydgoszczy. Schodzimy na ląd już wieczorem – za oknem panują prawdziwe ciemności. Na drodze pustki, snujemy więc plany kolejnych wędkarskich wypraw. Może kiedyś uda się je zrealizować?!
Jak to mówią – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Pokonujemy ostatnie kilometry goniąc resztkami sił. Wczesnym rankiem 12 maja wchodzę do mieszkania. Jest dopiero 4.55, staram się więc nie hałasować. Dzieciaki idą na 8.00 do szkoły. Żona jeszcze śpi. Rany, jak ja się za nimi stęskniłem!


Podsumowanie

Bilans całej eskapady wypadł pozytywnie. Miłe towarzystwo, wspaniałe okoliczności przyrody, bogactwo ryb. Straty – złamana szczytówka Jackowej wędki, złamana pszczółka Darka (morska Daiwa Megaforce), kilka pilkerów, parę metrów plecionki zerwanej na zaczepie. Da się przeżyć.
Jest też nauczka – kombinatorstwo nie popłaca. Żałować mogą jedynie nasi muszkarze – koszt licencji na łapanie w rzeczce odstręczył nawet Szwedów. Rzucili jedynie wzrokiem na wodę i sobie odpuścili. Z racji zimy wąskim korytem spływało niewiele wody. Może z nadejściem roztopów rzeczka zyska więcej wigoru? Może wtedy też pojawią się jakieś ryby? Mimo wytężania wzroku tych jakoś nie widać…
Teraz już nie pozostaje nic innego jak tylko odespać męczącą podróż powrotną i opowiedzieć wszystkim, czy tego chcą, czy nie, o swoich przygodach, hehehehe

Więcej zdjęć w naszej galerii

Czytaj artykuł →    0 komentarzy    *****

Dorsz na lekko (niekiedy wręcz bardzo lekko)

15 kwi 2014 10:40 | Slodziaksos w Artykuły

Dorsze na lekko.


O tym jak sie łowi dorsze na pilkera, bez i z przywieszkami napisano wiele.
Ale dorsza mozna łowić również na lekko a wręcz na bardzo lekko.


Niestety gabaryty jakie osiągają dorsze w naszych wodach nie powalają . O czym wiedza wszyscy.
I zeby sobie uatrakcyjnić łowienie kilka lat temu zacząłemłowic dorsze na spining.
Ta metoda ma jedno a właściwie dwa ograniczenia.
Po pierwsze głębokość łowska. Głębiej jak 30 kilka metró w traci sens ze wzgledy na czas opadu i czas prezentacji przynęty
I podrugie. Nie połowimy tak z kutra gdzie rzucanie jest z wiadomych powodów niewskazane. No i faktu ze pozostali łowia metoda która korzysta z dryfu ( niezbyt przydatnego przy spiningowaniu.


Sprzęt.

Osobiście łowię na bardzo delikatny kijek. Oryginalnie miał ciężar wyrzutu 14 gram ale po przezbrojeniu i oskrobaniu lakieru znacznie podniósł swój górny ciężar wyrzutu.A jednocześnie zachował swoją bardzo szybka akcję. A po za tym lubię przeciążać spiningi. ( jeśli oczywiście jest ku temu możliwość)
Jest to kij zbudowany na blanku St-croix 5S66MHF-G-10 Do tego tytanowe przelotki.
Kołowrotek rozmiar 5000 shimano twinpower sw. Używam obecnie cienkiej plecionki Duel o wytrzymałości 10 lb.


Przynenty.

Tu jest cały ogrom możliwości.
Można łowić dorszyki na główkę jigową plus gumka. Główki do około 40 gram.Gumu jakie? Tu fantazja nie zna granic. Kolory, krztałty, zapachy. Ogrom tego.
Można na woblera.Cykady, wahadłówki, obrotówki, spoony itp.....
Ja stosuje przynęty typowo sandaczowe do łowienia z dna metodą podbicia. Guma,cykada.


Technika.

I znów co wędkarz to sposób. Generalnie łowię jak sandacza. Podbijam i jeden lub dwa obroty korbka. Potem opad i od nowa. Oczywiście zmienianie rytmu i sposobu prowadzenia jak najbardziej wskazane.
Trzeba się liczyć jednak z faktem ze nasze pudełka bedą dość systematycznie opróżniane gdyz dorsz bywa tam gdzie są jakieś atrakcje na dnie . I rwanie będzie prędzej czy później. :P


Łowienie moje polega na tym że mam jakieś miejscówki upatrzone i staram się je pływać według jakiegoś tam schematu z głowy. Mam w głowie zanotowane przybliżone godziny i miejscówki gdzie powinny być( przynajmniej wcześniej były) ryby. Oczywiście trzeba cały czas wyciągać wnioski z tego co się dziewje aktualnie na wodzie i nad wodą.
Przykładowo. Napływam na jakąś mejscówkę. Kotwiczę łódką ( dryf nie wskazany do tej metody) I obrzucam tą miejscówkę. Zwykle nie pływam sam a z kolegami i zaczyna być dośc szybko widać skąd idą dorzyki i na jaki kolor reagują. Oczywiście jeden drsz nie czyni regóły i nikt nie rzuca się na kolor na który jeden z nas wycholował rybę. Dopiero 2-3 kolejne daja ku temy powód
Wrócę jeszcze do głębokośći na jakiej łowię. 30 ilka metrów jako granica jest podyktowana faktem że główka 35gram jeszcvze na tyle szybko opada na taką głębokość że nie usypiamu . I tak trzeba po rzucie pozostawić otwarty kabłak kołowrotka bo gdybyśmy go zamkneli stojąć na 3 metrach to przynęta poryszająć sie do dna wykona róch wachadłowy i zatrzyma sie prawie pod nogami.
I zostaje nam dosłownie kilka metrów gdy wabik jest pezentowany przy dnie.
Dorsz obiawia swoją obecność na zestawie na kilka sposobów. Pierwszy w sumie naj mniej miły to poprostu jest. Żadnego puknięcia cz y cokolwiek a jedynie pulsujący ciężar na końcu zestawu. Kolejny to pstryknięcie jak u sandacza. Pstryk i albo zdążymy zaciąć albo nie.
Kolejny to dorsz płynie za przynęta i delikatnie podskubuje . I teraz nasz problem jak go skusić by zatakował. Są dni gdy dorsze nie żeruja ale nakrywają swioe ofiar ciałem. I wtedy mamy często podpięte ryby, zwykle w okolicach brody.
Trzeba pamiętać że dorsz jest bardzo drapieżną rybą i bardzo szybką podczas ataku. Wystarczy spojrzeć na czym dorsz zeruje w Norwegii (na lokalnej torpedzie czyli czarniaku). Niekiedy właśnie szybkie bardzo agresywne prowadzenie okazuje sie kluczem na ryby
I jeszcze jedna ciekawostka. Dorsz holowany z głębokośći 20-30 metrów jest słabym przeciwnikem. Ale zapnijmy go a 6-8 metrach. Calkowicie inna klasa przeciwnika. Walczy, odjeżdża, Szatan nie kogut :D



I jeśli mozna to wypuszczajcie czasami rybki, szczególnie te małe. Niech rosna bo potem mze sie uda ja ponownie skusić na sztuczna przynete jak juz bedzie większa, silniejsza a przez to da więcej radości z holu.



A w sobote może uda nam się pojechac na słona bo jak narazie prognozy pogodowe pozytywne :P :)

Pozdrawiam
Marek


Ps.
Powyższe [pisanie moje nie wyczerpuje tematu( wręcz przeciwnie, jest to dopiero leciutkie jego liźniecie).


Ps2.
Fotki po wekendzie :)

Dalsza część: http://morskapasja.p...lekko/#entry797

Czytaj artykuł →    4 komentarzy    -----


Ostatnio w galerii